Blog Innej Mamy i Innego Syna. O fajnych miejscach i wydarzeniach. O tym jak oswoić świat, gdy jest się trochę innym...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka kucharska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka kucharska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 września 2017

"Kocham gotować" pizzę

   Pada, pada pada deszcz... cóż chyba trzeba przywyknąć do mokrej aury. W takim Londynie na przykład mają gorzej. Statystycznie...
  Dobrze, że są tacy, którym się chce chcieć, niezależnie od tego co serwuje nam jesień.
Wojtek powrócił do kuchni. Okazało się, że rola Innej Matki w procesie szykowania strawy zmalała boleśnie. Dla Matki oczywiście. " Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało", że zacytuję klasyka.
A syn gotuje w towarzystwie... tabletu lub komórki. I bynajmniej nie słucha muzyki, ani nie ogląda żadnego z obowiązkowych seriali.Wojciech"Kocha gotować". Ulubiony, odkryty osobiście przez Młodego kulinarny videoblog, stał się źródłem inspiracji i motywacji. Autor, Piotr Ogiński demonstruje sposób wykonania prostych lub bardziej skomplikowanych potraw w sposób niezwykle prosty i czytelny. A do tego wszystko dzieje się w zwykłej, domowej kuchni, co Wojtkowi szczególnie odpowiada. Ostatnio Młody postanowił upiec pizzę. Oczywiście nie była to pierwsza próba stworzenia włoskiego specjału, ale pierwsza przy której mamuśka raczej przeszkadzała, niż pomagała. Dobrze,że parę fotek zdołałam wydrzeć. Patrząc na zaangażowanie Innego Syna, byłam nawet  skłonna obdarzyć ekran komórki czymś na kształt sympatii. Okazuje się, że najprostsze, jak na dzisiejsze czasy, sposoby mogą pomóc w zrobieniu ogromnego kroku do samodzielności. Przepisu tym razem nie zamieszczam, bo kto chce, ten znajdzie u źródła. Polecam, nie tylko pizzę.
 A tymczasem, kochane Inne Matki dorastających Innych Dzieci, czas wyciągnąć się na kanapie i pomalować paznokcie.










niedziela, 8 stycznia 2017

Jak rozgrzać zimę

Chcieliśmy zimę, no to mamy. Matka- malkontent musi ponarzekać, nie byłaby sobą. Po pierwsze mróz za duży. Kto to widział, żeby temperatura spadała poniżej dziesięciu. Paszcza na mrozie niemłodej mamuśce drętwieje i gadać nie może tyle, ile by chciała. Po drugie śniegu za mało. Na sankach zjeżdża tylko Młody i czasami odważny Inny Ojciec, który o dobrostan kości ogonowej nie chce dbać. Chociaż za dużo śniegu też nie dobrze, bo to człowiek w samochodzie spędza jednak  więcej czasu niż na górce, a wiadomo, biały puch równa się kłopoty za kierownicą, zwłaszcza z parkowaniem. A w tej kwestii matka średnią krajową parkujących blondynek z powodzeniem wyrabia... Ogólnie rzecz biorąc, zimie mówię nie i czekam na wiosnę, ba chwilami już ją czuję. Przesadzam? Dnia przybywa! Dzisiaj o 16.00 było jeszcze całkiem przyzwoicie jasno. Wiosna tuż tuż?
Jakoś jednak do cieplejszych czasów trzeba dotrwać. Nic tak  nie poprawia humoru jak coś dobrego, słodkiego, ciepłego... Weźmy na przykład zwykłe placki z cynamonem i tartymi jabłkami. A jeszcze jak samemu nie trzeba wisieć nad patelnią, tylko Inny Syn  matkę wyręczy, to bajka! Zapach cynamonu stale poprawia mi humor i nawet jestem w stanie zgodzić się z faktem, iż pierwszy dzień wiosny nie nadejdzie jutro. Aby mróz matce przestał być straszny Wojciech przyszykował:

  1. 2 szklanki mąki
  2. 2 szklanki mleka
  3. 2 jajka
  4. 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  5. 1 cukier waniliowy
  6.  2 łyżki cynamonu ( tyle trzeba,żeby Inna Matka odzyskała trochę wigoru, ale może wy potrzebujecie trochę mniej aromatycznego zastrzyku)
  7. 3-4 jabłka
  8. olej do smażenia
Inny Syn z werwą zabrał się do dzieła. Nie było całkiem łatwo. Jabłka należało obrać. Tutaj Wojciech zdecydowanie preferuje obieraczkę. I dobrze! Liczy się skuteczność, a nie długość obierki!


Teraz ścieramy owoce na tarce o grubych oczkach.


Do garnka wsypujemy mąkę, dodajemy mleko, jajka, cynamon, proszek do pieczenia, cukier waniliowy. Mieszamy mikserem ok. dwie minuty.


Dodajemy tarte jabłka i mieszamy, tym razem łyżką.


Smażymy na złoty kolor po obu stronach.

 

Zapach cynamonu- marzenie. Placki zjadamy natychmiast, posypując cukrem, a w przypadku Wojtka topiąc w bitej śmietanie, czego matka na zdjęciu nie uwieczniła, bo delikatnie mówiąc  fanką śmietany nie jest.... 


 Muszę przyznać, że Młody coraz bardziej robotny i coraz bardziej w robocie skuteczny. Przepis sam przeczytać potrafi, wie ile czego musi dosypać, a co najważniejsze jak nie wie, potrafi zapytać i wskazówki skutecznie wykorzystuje. Brawo, Synu!

niedziela, 25 września 2016

Jesień przyszła...

Jesień jest fajna. I nawet fakt,że dzień krótszy i do szkoły trzeba wstawać o godzinie, której nie ma, nie jest w stanie tego zmienić. Przecież są kasztany, które Inny Syn uwielbia wygrzebywać spod opadłych liści, słońce cały czas przygrzewa, choć już nie tak dokuczliwie, no i te kolory...Matka się rozmarzyła,choć na co dzień piękna świata jakby nie zauważa. Wszak trudno podziwiać widoki jak się siedzi na pędzącym meteorycie ...
A kiedy aura staje się mniej przyjazna, jesienią można jakoś tak z mniejszymi wyrzutami sumienia uraczyć się rozgrzewającą , aromatyczną kawą , koniecznie z kawałkiem domowego ciasta. Na pohybel kaloriom ! Organizm szykuje się do zimy, trzeba gromadzić zapasy!  Tu Syn staje na wysokości zadania. Na hasło " może by coś upiec" odzew może być tylko jeden- " Taak!" Zapraszamy na ciasto,które wszyscy znają i które ZAWSZE się udaje. Jesienna kawa tylko z plackiem ze śliwkami!

Wojtek zgromadził:

  • 4 szklanki mąki
  • 2 szklanki cukru
  • 1 szklankę śmietany
  • 5 jajek
  • 1 kostkę margaryny
  • 1 proszek do pieczenia
  • 70 dag pięknych śliwek 
Wykonanie zajęło Synowi... no niewielką chwilę zajęło, bo Matka nawet swojej jesiennej herbatki nie zdążyła wypić.  
Margarynę należy roztopić i przestudzić, wszystkie składniki wymieszać,



rozłożyć na blaszkę.    


          Śliwki pozbawiamy pestek


i układamy na wierzch , koniecznie skórką do dołu .

 

Pieczemy to cudo w temperaturze 180 C nie dłużej niż 40 minut. A teraz placek, kawa i książka na deser...
Foto by Wojtek

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Sztuka dla sztuki

Nie ma sprawiedliwości! Są tacy co mogą pochłonąć ilość jedzenia, którą nie pogardziłby ...no na przykład łoś. Uwielbiam łosie, co wiedzą wszyscy krewni i znajomi. A ten cud natury lubi sobie podjeść, tak około 25 kg dziennie. I widział ktoś łosia z nadwagą?. Ach.....
Znam dwunożnych co też tak mają. Ba nawet matka, co sama wygląda nie najgorzej, bywa podejrzewana przez co niektórych bliźnich i przyjazne dziecku instytucje,  o oszczędności żywieniowe na małolacie. Fakt Inny Syn do tych, co przyzwoitą wagą mogą się pochwalić nie należy. A lubi sobie chłopina podjeść. Gdyby tak matka wchłaniała tyle żywności....No cóż, mogłaby cierpieć na brak rozeznania w schemacie ciała.
Inny Syn może więc pochłaniać wszystko, w każdej ilości. I pochłania... nooo, prawie wszystko. Jest krótka lista potraw, od których należy trzymać się z daleka. Ot choćby barszcz czerwony, albo, o zgrozo, pierogi ruskie, albo placki z cukinii. Przeciętny śmiertelnik jak czegoś nie lubi to i nie ugotuje. Jak wiadomo Wojtek do przeciętniaków nie należy. Jedzenie to jedno, a gotowanie to zupełnie inna przyjemność. Oczywiście, matce karmicielce też zdarza się popełnić jakieś.... hmmm ...dzieło kulinarne, którego sama miłośniczką nie jest. Tylko entuzjazmu  niestety z siebie nie zdoła wykrzesać. A młody owszem.
                Oto sztuka dla sztuki ! Proszę państwa: PLACKI Z CUKINII!

Przygotujemy:
   - 3 średnie cukinie
   - 4 jajka
   -1/2 szklanki mąki
   -1/2 szklanki tartego sera, najlepiej mozzarelli
   - pęczek szczypiorku
   - pęczek koperku
   -2 łyżki oleju lub oliwy
   - 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
   -sól, pieprz do smaku
    - olej do smażenia

Do dzieła! Cukinię trzemy na tarce o grubych oczkach.

 
Drobno siekamy szczypiorek i koperek.



 Wszystkie składniki mieszamy w sporej misce.

 
Smażymy niewielkie placki na złoty kolor.


      Wprawiamy rodzinę w osłupienie, tym bardziej, że sami odmawiamy konsumpcji.

 Placki znikają szybciej niż powstały.  Zalecane podawanie z sosem czosnkowym. Smacznego!

      

niedziela, 22 listopada 2015

Czy pizza musi być okrągła ?

Jak większość narodu lubimy pizzę. Oczywiście lubimy też chodzić do pizzerii , zwłaszcza do takiej , w której można zobaczyć jak włoski specjał lata w powietrzu zanim wyląduje na talerzu. Jakoś tak dziwnie się składa,że pizzę produkują głównie panowie. Przynajmniej w znanych nam pizzeriach nie stwierdziliśmy płci pięknej żonglującej ciastem. No cóż, Inna Mama nie będzie wyjątkiem potwierdzającym regułę. Chyba,że postanowię znaleźć argument za przyspieszeniem remontu naszej ulubionej kuchni... Póki co za robienie pizzy zabrał się Wojtek. Kręcić ciastem w powietrzu nie próbował, bo pizza miała niestandardowy wygląd- była prostokątna . Ufff... Nie wiem czy wypiek synowski można w związku z tym nazwać jeszcze pizzą ( niejeden Włoch pewnie  ), ale w smaku był naprawdę wyśmienity. A i w produkcji nieskomplikowany. Kto odważny niech próbuje!

  Potrzebujemy na ciasto:

  • 25 g świeżych drożdży
  • 1,5 szklanki ciepłej wody
  • 3,5 szklanki mąki pszennej
  • 1 łyżka oliwy z oliwek
  • 1,5 łyżeczki soli
Robimy rozczyn- drożdże mieszamy z 2 łyżkami mąki i 0,25 szklanki letniej wody. Czekamy, aż zaczną rosnąć. Teraz koniecznie wpadamy w należyty zachwyt. Kto nie umie, musi udać się koniecznie na korepetycje z entuzjazmu do Innego Syna. No, bo jak one rosną! Jak żywe!


Był entuzjazm? To przesiewamy mąkę,


robimy zagłębienie ( w mące rzecz jasna ...) , do którego wlewamy drożdże, oliwę, dodajemy sól i resztę wody. Ciasto dobrze wyrabiamy ręką.


Nawet nie wiedziałam,że taka czynność może sprawić radość. Synu, jesteś wielki!
 Ciasto przykrywamy ściereczką i pozostawiamy do wyrośnięcia. Trwa to około 1 godziny. W tym czasie przygotowujemy wszystko, co chcemy aby na naszej nietypowej pizzy się znalazło. Oczywiście , podstawa to sos pomidorowy. My użyliśmy przetarte pomidory doprawione czosnkiem, solą, pieprzem, majerankiem i oregano. Wojtek nie jest miłośnikiem sosu pomidorowego, więc część pizzy była nim tylko leciutko muśnięta . Na pizzy znalazły się też pieczarki ( uprzednio usmażone z cebulką), szynka i duuużo tartej mozzarelli. Syn lubi każdą pizzę, pod warunkiem,że jest to  capriciosa ...
   Ciasto wylądowało w prostokątnej blaszce,


          obłożone ulubionymi składnikami.


 Pieczemy około 20 minut. I oczywiście ser nakładamy kilka minut przed końcem pieczenia.

 


                         Życzymy smacznego!
                                                                     I pamiętajcie, drożdże rosną pięknie!

niedziela, 20 września 2015

Zapach drożdżówki

 Mało co tak poprawia nastrój po całym tygodniu mocowania się z Bardzo Ważnymi Szkolnymi Zadaniami , jak piękny zapach drożdżowego ciasta, że o smaku nie wspomnę. Przepis pochodzi z czasów kiedy po łąkach i polach w radosnych podskokach biegały mamuty ( trochę popłynęłam?), a wśród nich pląsała pisząca te słowa Inna Mama ( o parę kilo i lat młodsza). Przepis prosty jak owe zamierzchłe czasy. I ciasto, które wg niego powstaje to raczej placek drożdżowy niż puszysta, klasyczna drożdżówka. Zanim napiszę czego do wyprodukowania tego nieskomplikowanego poprawiacza nastroju potrzebujemy, powiem, co z pewnością potrzebne nie jest.
 
            NIE będą potrzebne:

  • Doświadczenie w wyrabianiu drożdżowego ciasta 
  • Doświadczenie w pieczeniu jakiegokolwiek ciasta
  • Bardzo poważne podejście " bo to taki szlachetny wypiek"
  • Duuuża ilość czasu
Jak wiadomo Wojtek wszystkie prace w kuchni uwielbia. Nawet czasami zmywanie ( dobrze,że nie zawsze, bo bym się martwiła...).Perspektywa upieczenia placka drożdżowego wprawiała go w entuzjazm przez parę kolejnych dni. 
     Zabieramy się do dzieła!

         Potrzebne nam będą 
  • 3 szklanki mąki ( jeżeli ciasto wyjdzie za rzadkie trzeba trochę dosypać)
  • 5 dkg drożdży 
  • 3/4 kostki masła ( nie margaryny!)
  • 1 szklanka cukru ( my dodajemy więcej... tak ok.2...)
  • 1 szklanka mleka
  • szczypta soli, cukier waniliowy i rodzynki ( my jacyś dziwni jesteśmy, bo nie lubimy)
Drożdże mieszamy z cukrem, do rozpuszczenia.




Nie czekamy, aż zaczną rosnąć,tylko od razu dodajemy jajka,




rozpuszczone, przestudzone masło,




szczyptę soli , cukier waniliowy, rodzynki ( jeśli jesteśmy w większości). Dodajemy mąkę, dokładnie mieszamy.


Ciasto powinno być dość gęste. 
Wszystko zajęło nam ok. 12 minut. Teraz odstawiamy do wyrośnięcia. Tu szału się nie spodziewajmy. Abyśmy nie czekali dłużej niż jeden odcinek dowolnej telenoweli( pod koniec tygodnia często nie jesteśmy w stanie przetrawić nic ambitniejszego), nagrzewamy piekarnik ( jakieś 180 st.C), a na kuchence stawiamy blachę z plackiem. Ciacho rośnie, a my spokojnie przysypiamy przed telewizorem. Nie musimy z niepokojem biegać do kuchni i spoglądać, czy aby placek nie zszedł na podłogę. Spokojnie, nie zejdzie! Teraz czas na kruszonkę. Tu mam pewien problem. Nasza kruszonka powstaje tak,że ja mówię Młodemu" na oko" ile ma wsypać mąki , cukru i ile dodać masła, Wojtek to wszystko swoimi długimi palcami wyrabia, i już. Skoro my robimy"na czuja" Wam też się uda! Kruszonkę wstawiamy na parę minut do lodówki. Teraz ulubiona czynność Wojtka- posypywanie placka.



 I do piekarnika! Ciasto jeszcze trochę urośnie. I wreszcie poczujemy ten zapach!



Piecze się krótko- zaledwie 20 minut. Smacznego!!!

niedziela, 17 maja 2015

Dawno, dawno temu był sobie pleśniak...

Majowe chłody trochę dają się we znaki, szczególnie wieczorami. Czasem, w takich okolicznościach trzeba podnieść sobie poziom cukru czymś smakowitym. No, to naraziłam się teraz wszystkim ortodoksom dietetycznym! Nie dość,że wieczorne dojadanie , to jeszcze słodkie... Sorry, na dobre ciacho, każda pora jest dobra. A już z całą pewnością nie można sobie, bez względu na porę, odmówić pleśniaka.  Przepis znamy od zawsze. Jakieś 30 lat temu bił rekordy popularności. Teraz często niesłusznie zapomniany, u Innych co parę tygodni ląduje na stole. Połączenie kruchego ciasta z bezą- czego chcieć więcej?  A, że przepis jest nieskomplikowany Młody radzi sobie z nim bez trudu.
       
            Trzeba przygotować:

  • 60 dag maki krupczatki
  • 1,5 kostki masła ew. dobrej margaryny
  • 5 jajek
  •  szklankę cukru pudru
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 słoika niskosłodzonego dżemu truskawkowego ( albo innego ulubionego)
  • 2 łyżki kakao
Do mąki dodajemy schłodzone masło, żółtka, 1/3 szklanki cukru pudru, proszek do pieczenia. Wszystko zagniatamy.


Pod koniec zagniatania dzielimy ciasto na 3 części. Do jednej dodajemy kakao i jeszcze chwilę szybko zagniatamy. Ciemne ciasto i jedną część jasnego wkładamy na noc do zamrażalnika. Druga część jasnego ląduje na parę godzin w lodówce. Wstajemy rano i radośnie i ochoczo, zabieramy się do dzieła.
 Ciastem z lodówki wyklejamy dno tortownicy o średnicy 30 cm.


Jak na kruche  przystało nakłuwamy je widelcem. Teraz układamy warstwę dżemu.


Gotowe? No to czas na ciasto zamrożone. Kto nie lubi bardzo zziębniętych rączek i do tego nie jest miłośnikiem utraty nadmiaru energii podczas tarcia ciasta na tarce o grubych otworach, ten niech wyjmie ciasto z zamrażalnika jakieś 20 minut wcześniej.  Mniej się człowiek naszarpie i przyjemność z pieczenia większa. Na warstwę dżemu ścieramy ciemne ciasto.


Teraz ubijamy pianę z białek, stopniowo dodając pozostałą część cukru.


Sztywną pianę układamy na warstwie ciemnego ciasta. Na koniec trzemy jasne ciasto i wykładamy je delikatnie na  warstwę piany.


Gotowe! Całość wstawiamy do lekko nagrzanego piekarnika i pieczemy w temperaturze 180 C ( oczywiście bez termoobiegu) jakieś 50 minut. Aby beza nie opadła, dobrze jest zostawić ciasto do lekkiego ostygnięcia w uchylonym piekarniku. Zapach w domu mamy taki,że aura nawet najmniej wiosenna nam niestraszna! I tylko zostaje życzyć smacznego!


niedziela, 8 marca 2015

Babcine ciasteczka do herbaty

Nic tak  nie poprawia humoru jak chrupiące, kruche ciasteczka o maślanym smaku. Postanowiliśmy z Młodym zaszaleć i wykorzystać wygrzebane z przepastnej szafy, wiekowe nakładki na... maszynkę do mielenia mięsa. Nakłada się takie cudo zamiast sitka i gotowe. Możemy wyciskać przeróżne ciasteczka w sposób łatwy i przyjemny. Człowiek się nie napracuje. Chyba , że jedząc...

  Przepis najprostszy z prostych :
  1. 500g mąki tortowej lub nawet krupczatki ( my dajemy pół na pół)
  2. 250g schłodzonego masła ( koniecznie MASŁO!)
  3. 150g cukru pudru
  4. 3 żółtka
  5. 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  6. papier do pieczenia
Mąkę posiekać z masłem. Dodać cukier, żółtka, proszek do pieczenia- wszystko szybko,ale dokładnie zagnieść.Schłodzić w lodówce 1-2 godziny.


Teraz możemy zacząć zabawę! Kształt ciasteczek ustawiamy przesuwając metalową listwę w nakładce na maszynkę.





Szczerze rzekłszy nie wiem gdzie teraz mozna nabyć nakładkę do ciastek- stawiam na małe "przybazarkowe" sklepiki. Najlepiej do przepuszczania ciasta nadaje sie "przedpotopowa" maszynka na korbkę. My poszlismy na łatwiznę i skorzystalismy z elektrycznej, aczkolwiek o niezbyt dużej prędkości. Łapanie pasków ciasta wychodzącego z maszynki z predkością odrzutowca może nie być proste :)
  Paski ciasta kroimy na dowolnej długości ciasteczka.


Pieczemy w temperaturze 180 st. C przez 10-12 min.



SMACZNEGO!





poniedziałek, 2 lutego 2015

Czekoladowy konkurs!

                                                             


                                                                     




          Może zbyt biegli w sztuce kulinarnej nie jesteśmy, za to gotować, piec, sporządzać no i oczywiście konsumować uwielbiamy. Zwłaszcza Inny Syn kucharzy z prawdziwą pasją. A jeżeli sprawa dotyczy czekolady... Po prostu nie można było się oprzeć zaproszeniu do tak słodkiego konkursu.
                   
                              Panie i Panowie INNI RAZEM przedstawiają....
                                   
                               CZEKOLADOWE STWORKI 

Można by nasze czekoladowe cudaki nazwać bajaderkowymi. Nie do końca byłoby to jednak prawda, gdyż klasyczny przepis uległ... no, powiedzmy autorskim modyfikacjom.  A teraz do dzieła!

Przygotujmy:

  • 50 dag pokruszonych ciastek lub/i resztek ciast, oczywiście bez kremów i innych atrakcji
  • 1/2 szklanki mleka
  • 1/2 słoika dżemu lub marmolady
  • 1/2 kostki masła
  • 1/2 tabliczki czekolady- najlepiej deserowej
  • 3 łyżki kakao
  • 1/3 szklanki cukru, w wersji soft można pominąć 

Aby stworki ożyły trzeba zgromadzić:

  • 1 opakowanie precelków
  • 1/2 tabliczki czekolady
  • cukrowe perełki
  • co komu fantazja podpowie

Ciastka drobno kruszymy i cieszymy się słysząc jak fajnie trzeszczą ( zgodnie z sugestią Naczelnego
Cukiernika Wojtka).


 Mleko gotujemy z masłem, kakao i jeśli chcemy ( my chcemy!),  z cukrem.


 Lekko studzimy. W tym czasie rozpuszczamy 1/2 tabliczki czekolady , dodając odrobinę masła i mleka.


Lekko studzimy, uważając, aby masa nie zgęstniała zbyt mocno.
Mleko z dodatkiem masła i kakao oraz rozpuszczoną czekoladę mieszamy z pokruszonymi ciastkami i dżemem. Wszystko ugniatamy na jednolita masę.
Z przygotowanej masy formujemy kulki




i bawimy się w najlepsze "ożywiając" stworki. Czupryny robimy z rozpuszczonej drugiej połówki czekolady. Zresztą wygląd cudaków zależy wyłącznie od kucharskiej wyobraźni.


 Czekoladowe stworki chłodzimy w lodówce. Najlepiej przez noc, jeśli się uda...
             
                  Voilà !











                                        SMACZNEGO!