Mamy wakacje! Tzn. Wojtek ma. Ja póki co w pracy, ale, że pracę lubię, to spokojnie czekam na sierpniowy urlop. Rok szkolny zakończony. Wszyscy przeżyli, szkoła stoi w tym samym miejscu, co pierwszego września, co przy antysystemowym charakterze syna mego nie musiałoby być oczywiste. Dziesięć szkolnych miesięcy możemy zaliczyć do udanych, choć przy końcu roku Młody ciągnął na "oparach benzyny" i nie zawsze w porę wciskał hamulec.
A matkę naszły refleksje wczesnoletnie. Syn coraz bardziej samodzielnym bytem się staje. Rodzina już nie musi stawać na głowie, jak się zorganizować, kiedy wszyscy w pracy, a Młody akurat ma wakacje. Młody zostaje w domu. I tyle. Ot, taka całkiem jeszcze niedawno nieoczywista oczywistość. I tylko zawiadamia,że własnie postanowił pojechać na ulubionego hamburgera. Wie,że mieszkanie trzeba zamknąć, legitymacje i telefon zabrać koniecznie i gotówka też raczej się przyda. Ma wątpliwości- pyta. A potem odważnie rusza po swoje. A był czas kiedy pozostawienie Innego Syna na pół godziny bez opieki przyprawiało matkę o palpitację i zlewne poty. Jeszcze chwilę temu mamuśka łzę nie jedną uroniła, że syneczka do szkoły już nie wiezie, tylko dowóz co rano pod domem się melduje. A dziecinka wstać musi świtem bladym, no i wraca zdecydowanie, jak dla matki, zbyt późno. Teraz Wojciech dowozem jeździć nie chce, bo woli sam, autobusem do szkoły się udać. Tak zwyczajnie, jak wszyscy. Matka już rzadziej wzrok błędny w komórkę wlepia, bo wie, że syn da radę. Nawet jeśli nie zamelduje się natychmiast po dotarciu do celu, to raczej z powodu życia towarzyskiego niż wszystkich nieszczęść jakie mogą człowieka spotkać. A, że mogą to wiemy. Tylko mnie też mogą. Zwłaszcza,że sporą część dnia spędzam w blaszanej puszce na kółkach... Ryzyko jest zawsze, ale żyć trzeba. I to na swoich warunkach. Wojciech do podjęcia tego ryzyka też ma prawo.
Z głodu chłopina również nie umrze. Kolacji matka nie szykowała już całe wieki, bo Młody woli sam. Kanapki do szkoły, śniadanie, a nawet prosty obiad w stylu spaghetti - proszę bardzo. A tu kiedyś z przerażeniem patrzyłam jak dziecko me herbatę robiło. Bo to wrzątek, szklanki i inne nieszczęścia...
Dojrzewamy...oboje.
Blog Innej Mamy i Innego Syna. O fajnych miejscach i wydarzeniach. O tym jak oswoić świat, gdy jest się trochę innym...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 29 czerwca 2017
poniedziałek, 5 września 2016
Szkoło, hej...
I po sprawie. Po chodzeniu spać o godzinie której nie ma, po wstawaniu raczej na obiad, niż na śniadanie, po nicnierobieniu, choć w przypadku Innego Syna to raczej po wszystkorobieniu. Teraz będzie dyscyplina dnia codziennego wymuszona przez ulubioną placówkę oświatową, bo przecież nie przez matkę. Syn rozpoczyna nowy rozdział- został całkiem dorosłym uczniem szkoły przysposabiającej do pracy. Cała nadzieja, że szkolnej rutyny będzie nieco mniej niż na poprzednich etapach nauczania. Wojciech jest człowiekiem zadaniowym, ale zadania nie muszą być związane z misternym wypełnianiem wszelkich kart pracy, przeliczaniem ilości kwiatuszków i misiaczków, których niestety z gimnazjów specjalnych nikt jeszcze nie eksmitował. A dorosła już prawie młodzież albo się wścieka, albo się śmieje. Na litość! Niepełnosprawność intelektualna nie oznacza braku rozwoju jakiegokolwiek. Kasie, Stasie i Fele z czytanek czas najwyższy zastąpić Panią Kasią, Panem Stasiem i Panią Felą, a towarzystwo z zadań tekstowych niekoniecznie musi kupować lizaczki i baloniki, a może przerzucić się na bułki, masło i inne artykuły, które faktycznie młodzież będzie musiała kupować samodzielnie. I wcale nie oznacza to konieczności wprowadzania do szkół specjalnych uniwersyteckiej matematyki. Zdolny narodzie, co podręczniki dla mniej typowej młodzieży piszesz, do piór!
No, to matczyne frustracje odreagowane. Deszczyk za oknem denerwująco siąpi, jakiś niezdecydowany, niczym matka przed podjęciem decyzji co by tu na jutrzejszy obiad... Na szczęście Syn z nowej szkoły do domu dotarł, nie zważając na aurę pobiegł do sklepu po artykuły pierwszej potrzeby, czyli oranżadę i gumę do żucia, matce kawę zrobił i z miną zdobywcy oznajmił " damy radę". No to szkoło,hej!
No, to matczyne frustracje odreagowane. Deszczyk za oknem denerwująco siąpi, jakiś niezdecydowany, niczym matka przed podjęciem decyzji co by tu na jutrzejszy obiad... Na szczęście Syn z nowej szkoły do domu dotarł, nie zważając na aurę pobiegł do sklepu po artykuły pierwszej potrzeby, czyli oranżadę i gumę do żucia, matce kawę zrobił i z miną zdobywcy oznajmił " damy radę". No to szkoło,hej!
wtorek, 5 lipca 2016
Wakacje i pędzące mamuty
Chciałam własnie radośnie obwieścić,iż rozpoczął się drugi tydzień wakacji... Tyle,że on się nie rozpoczął tylko biegnie jak stado oszalałych mamutów ( jak wiadomo mamuty to moje ulubione zwierzaczki, nie licząc łosi oczywiście). Szkoła była, ale się skończyła. Inny Syn dumnie odebrał świadectwo ukończenia gimnazjum, wszelkie przejawy sympatii,ulgi, uwielbienia, podziękowania, docenienia,bohatersko wziął na klatę i sprawę zakończył. Po męsku. Stawiamy więc grubą kreskę i odkreślamy etap p.t. GIMNAZJUM. Kropka.
Dziś Wojtek wstał z rana o godzinie, której nie ma. Bez zbędnych wzruszeń i rozczuleń targając ogromną walizę i nieco mniejszy plecak wyruszył w świat. Pierwszy prawdziwy obóz harcerski...
Całe dwa tygodnie... Mamuśka sobie odpocznie...Cała nadzieja w tych oszalałych mamutach...
czwartek, 16 czerwca 2016
Szkolny piknik dla prawdziwego mężczyzny
W sobotę byłem na pikniku w mojej szkole. Przyjechali motocykliści Jeden pan pozwolił mi włączyć silnik i dałem gazu "na sucho".
Bawiłem się z kolegami i koleżkami. Było bardzo fanie.
Były dobre ciasta i napoje.
niedziela, 6 września 2015
Gotowi do startu?
No i mamy Nowy Rok Szkolny. Czytam z zainteresowaniem na innych blogach, jak to dzieci mniejsze i większe w radosnych podskokach przekraczają próg ulubionej szkoły. Taaaa.... bywa i tak. Inny Syn jakoś radości z powodu końca wakacji nie przejawia, choć muszę przyznać, że modnej ostatnio depresji pourlopowej nie stwierdzamy. Po prostu taki dyskomforcik malutki...
Wrzesień to na szczęście nie tylko początek edukacyjnych zmagań. Na szczęście szereg szkolnych nieszkolnych zajęć Młody bardzo lubi. Ot, choćby pracę w szkolnym kole "Caritas", do którego Wojtek zupełnie sam zapisał się pewnego dnia, czy warsztaty plastyczne w Stołecznym Centrum Edukacji Kulturalnej. Rozpoczynamy także kolejny cykl świetnych zajęć socjoterapeutycznych dla młodzieży w Centrum Neurorehabilitacji.
Wojtek powrócił ostatnio do wolontaryjnej pracy w "Azylu pod psim Aniołem".
Nawet jeżeli początkowo niełatwo było się zmobilizować po wakacyjnej przerwie, radość na czterech łapach okazała się być bezcenna.
Więc wystartowaliśmy! Ahoj przygodo!
Wrzesień to na szczęście nie tylko początek edukacyjnych zmagań. Na szczęście szereg szkolnych nieszkolnych zajęć Młody bardzo lubi. Ot, choćby pracę w szkolnym kole "Caritas", do którego Wojtek zupełnie sam zapisał się pewnego dnia, czy warsztaty plastyczne w Stołecznym Centrum Edukacji Kulturalnej. Rozpoczynamy także kolejny cykl świetnych zajęć socjoterapeutycznych dla młodzieży w Centrum Neurorehabilitacji.
Wojtek powrócił ostatnio do wolontaryjnej pracy w "Azylu pod psim Aniołem".
poniedziałek, 26 stycznia 2015
Niezła sztuka
U nas własnie minął półmetek ferii. Młody w świetnej formie po pobycie w Serocku, potrzebował nowych wrażeń i atrakcji. Jak wiadomo Inny Syn wykorzystuje czas jakby wyciskał cytrynę, nie marnuje ani kropli. Zazwyczaj we wszelkie ferie i wakacje wspomnienie o szkole zamykamy w najbardziej przepastnej szafie, a kluczyk wyrzucamy do rzeki, ale tym razem z rzeczonej szafy wypadło zaproszenie na wernisaż. I przyszło nam pomyśleć o miłych ( takie też się zdarzają... ) szkolnych chwilach. Wszystko za sprawą warsztatów z zastosowaniem terapii sztuką, które odbyły się w ramach projektu The Heart of Art. Grupa studentów-wolontariuszy z międzynarodowej organizacji studenckiej AISEC prowadziła zajęcia plastyczne dla uczniów naszej( i nie tylko naszej) szkoły w grudniu 2014. Młodzież przyjechała do nas z najodleglejszych zakątków świata- Australii, Kolumbii, Indii, Singapuru, Brazylii czy Hong Kongu.Przełamywanie barier, nie tylko językowych, ale i kulturowych, następowało po obu stronach- i naszych dzieciaków- tych młodszych oraz całkiem dużych, i wolontariuszy.Radości było przy tym co niemiara i myślę,że nie tylko Wojtek był zachwycony całym wydarzeniem. Rzeczywistość szkolna nabrała niesamowitych kolorów, a przychodzenie do szkoły było zdecydowanie mniej "bolesne".
Własnie prace, które powstały w trakcie realizacji projektu The Heart of Art mogliśmy ostatnio podziwiać w kawiarni artystycznej MiTo. Spotkanie było też okazją do podziękowania wszystkim wolontariuszom i do pożegnania. Wojtek nie zważając na bariery językowe ( a co to takiego?) porozmawiał chyba ze wszystkimi zgromadzonymi gośćmi.
Pysznej kawy też nie mogło zabraknąć
Dzięki !
sobota, 30 sierpnia 2014
Szkoła nie zawsze integracyjna
Początek roku szkolnego zbliża się wielkimi krokami.Nie wszyscy radośnie i ochoczo wpadną w objęcia stęsknionych, wypoczętych nauczycieli. Nie dla wszystkich szkoła drugim domem jest...Są tacy, którzy nijak w systemie szkolnym nie chcą się zmieścić.
Szkoły dla Innych są albo integracyjne, albo specjalne.Przy czym te drugie już samą nazwą powodują u większości rodziców reakcje alergiczne w postaci napadu paniki, zlewnych potów i odruchu wymiotnego.Szkoła specjalna jest zazwyczaj ostro krytykowana przez wszystkich krewnych i znajomych królika.Traktowana bywa jako pozbawienie dziecka możliwości jakiegokolwiek rozwoju, a pobieranie w niej nauki napiętnuje jak mało co. Która mama "specjalnego" ucznia nie zna uroczych min sąsiadek, które dowiadują się, że dziecko chodzi do TAKIEJ szkoły.Naród reaguje na taką wiadomość mieszanką przerażenia, zniesmaczenia i współczucia( dla rodziców, rzecz jasna).
A ja jestem mamą "specjalnego" ucznia. Zanim wylądowaliśmy w naszej obecnej szkole, przeszliśmy przez placówki integracyjne- przedszkole i szkołę ( klasy 1-3). I wcale nie rzecz w tym, że trafiliśmy na miejsca bez serca i ducha, czy na kadrę bez zaangażowania czy przygotowania.Wręcz przeciwnie. Początki w "integracji" mogą być naprawdę super. Niewielki uczeń, zwłaszcza z niepełnosprawnością intelektualną, nie zawsze ma pełną świadomość swoich deficytów i ograniczeń. A i zdrowi rówieśnicy często mniej zwracają uwagę na jego niedoskonałości niż ich starsi koledzy. Wiele zależy od rodziców i rozmów jakie toczą się przy rodzinnym stole.Oczywiście, że i tu możemy natknąć się na typ litościwej sąsiadki, tym razem pochylającej się nad "biednym niepełnosprawnym", czy zniesmaczonej trudnym zachowaniem latorośli. Zazwyczaj jednak rodzice zdrowych dzieci, które uczęszczają do szkół integracyjnych , wiedzą,w jakiej społeczności będzie funkcjonowała ich pociecha. Inny początkowo jedynie zadziwia kolegów niezbyt starannym rysunkiem, literką, która nie koniecznie daje się odszyfrować, czy nieskończenie długim czasem jaki potrzebuje, aby zapiąć wszystkie guziki ulubionej bluzy.Przy fajnej, zaangażowanej kadrze takie drobiazgi nie muszą urastać do rangi Poważnych Problemów.
Dzieci mają jednak to do siebie, że nie wiedzieć czemu, błyskawicznie rosną. Niestety rosną czasami razem z nimi ich problemy. Mimo intensywnych terapii, mimo zaangażowania rodziców i nauczycieli. Tak po prostu bywa.
A najtrudniejszy jest bolesny wzrost świadomości swoich niedoskonałości. Kolega z sąsiedniej ławki, który opanował już tabliczkę mnożenia nie staje się wzorem do naśladowania, bo dla Innego mnożenie może być samo skomplikowaną czynnością jak pilotowanie odrzutowca.Kolega staje się wrogiem, a raczej nie on lecz jego umiejętności. Relacje zaczynają być trudne, a samoocena leci w dół. To drugie jest tak na prawdę największym problemem.
Wiadomo, że w pewnym wieku rodzice przestają być jedynym punktem odniesienia. Najważniejszym stają się rówieśnicy. I nie koniecznie muszą bombardować słabszego kolegę negatywnymi komentarzami ( choć i tak niestety bywa ) .Wystarczy,że w jego oczach są mądrzejsi, sprawniejsi, "niedoścignieni." Jestem głupi","nic nie umiem"- niebezpiecznie często słyszą rodzice Innego.Może nie wiele pomagać fakt,że w klasie są osoby z podobnymi problemami. Młody koniecznie chce "równać w górę". Jest to dobre i motywujące, pod warunkiem, że przynajmniej teoretycznie, jest w stanie na tę górę wejść.
Daleka jestem od stwierdzenia, iż integracja w szkole jest niemożliwa, a próby jej podejmowania skutkują wyłącznie katastrofą. Dla wielu dzieciaków klasy integracyjne są wymarzonym miejscem rozwoju intelektualnego, a przede wszystkim społecznego. Bywa jednak, że takim miejscem jest szkoła specjalna.Mała ilość uczniów w klasie ,fakt, że wszyscy potrzebują wsparcia (choć przecież w różnym stopniu) pozwala po prostu poczuć się bezpiecznie. Łatwiej jest odkryć i nauczyć się wykorzystywać swoje mocne strony, które w porównaniu ze zdrowymi rówieśnikami byłyby często niedocenione. Łatwiej zaakceptować te z ograniczeń,których przeskoczyć się nie da. Nie bez znaczenia jest też oferta terapeutyczna.
W klasach specjalnych są słabsi i silniejsi, ci,którzy mogą się kimś opiekować i ci, którzy takiej opieki wymagają. Także tam dzieci mogą rozwijać się i wykorzystywać w pełni swoje możliwości.Oczywiście, szkoła szkole nierówna. Trzeba czasami dobrze się natrudzić, aby znaleźć taką, która faktycznie odpowie na potrzeby specyficznego ucznia. Inny Syn jeździ do swojej 17 km. ...http://www.zsspbartnicza.waw.pl/
Warto odczarować szkoły specjalne i czasami spokojnie rozważyć wybór takiej placówki jako najlepszego miejsca do rozwoju dla Innego Dziecka. Szkoła się kończy, a dobra, przystająca do rzeczywistości samoocena każdemu bardzo się przydaje.Podobnie jak szereg umiejętności, które zdobywają dzieciaki uczone "specjalnie".
A przecież życie pozaszkolne naprawdę istnieje! Integracja poza szkołą też.
Szkoły dla Innych są albo integracyjne, albo specjalne.Przy czym te drugie już samą nazwą powodują u większości rodziców reakcje alergiczne w postaci napadu paniki, zlewnych potów i odruchu wymiotnego.Szkoła specjalna jest zazwyczaj ostro krytykowana przez wszystkich krewnych i znajomych królika.Traktowana bywa jako pozbawienie dziecka możliwości jakiegokolwiek rozwoju, a pobieranie w niej nauki napiętnuje jak mało co. Która mama "specjalnego" ucznia nie zna uroczych min sąsiadek, które dowiadują się, że dziecko chodzi do TAKIEJ szkoły.Naród reaguje na taką wiadomość mieszanką przerażenia, zniesmaczenia i współczucia( dla rodziców, rzecz jasna).
A ja jestem mamą "specjalnego" ucznia. Zanim wylądowaliśmy w naszej obecnej szkole, przeszliśmy przez placówki integracyjne- przedszkole i szkołę ( klasy 1-3). I wcale nie rzecz w tym, że trafiliśmy na miejsca bez serca i ducha, czy na kadrę bez zaangażowania czy przygotowania.Wręcz przeciwnie. Początki w "integracji" mogą być naprawdę super. Niewielki uczeń, zwłaszcza z niepełnosprawnością intelektualną, nie zawsze ma pełną świadomość swoich deficytów i ograniczeń. A i zdrowi rówieśnicy często mniej zwracają uwagę na jego niedoskonałości niż ich starsi koledzy. Wiele zależy od rodziców i rozmów jakie toczą się przy rodzinnym stole.Oczywiście, że i tu możemy natknąć się na typ litościwej sąsiadki, tym razem pochylającej się nad "biednym niepełnosprawnym", czy zniesmaczonej trudnym zachowaniem latorośli. Zazwyczaj jednak rodzice zdrowych dzieci, które uczęszczają do szkół integracyjnych , wiedzą,w jakiej społeczności będzie funkcjonowała ich pociecha. Inny początkowo jedynie zadziwia kolegów niezbyt starannym rysunkiem, literką, która nie koniecznie daje się odszyfrować, czy nieskończenie długim czasem jaki potrzebuje, aby zapiąć wszystkie guziki ulubionej bluzy.Przy fajnej, zaangażowanej kadrze takie drobiazgi nie muszą urastać do rangi Poważnych Problemów.
Dzieci mają jednak to do siebie, że nie wiedzieć czemu, błyskawicznie rosną. Niestety rosną czasami razem z nimi ich problemy. Mimo intensywnych terapii, mimo zaangażowania rodziców i nauczycieli. Tak po prostu bywa.
A najtrudniejszy jest bolesny wzrost świadomości swoich niedoskonałości. Kolega z sąsiedniej ławki, który opanował już tabliczkę mnożenia nie staje się wzorem do naśladowania, bo dla Innego mnożenie może być samo skomplikowaną czynnością jak pilotowanie odrzutowca.Kolega staje się wrogiem, a raczej nie on lecz jego umiejętności. Relacje zaczynają być trudne, a samoocena leci w dół. To drugie jest tak na prawdę największym problemem.
Wiadomo, że w pewnym wieku rodzice przestają być jedynym punktem odniesienia. Najważniejszym stają się rówieśnicy. I nie koniecznie muszą bombardować słabszego kolegę negatywnymi komentarzami ( choć i tak niestety bywa ) .Wystarczy,że w jego oczach są mądrzejsi, sprawniejsi, "niedoścignieni." Jestem głupi","nic nie umiem"- niebezpiecznie często słyszą rodzice Innego.Może nie wiele pomagać fakt,że w klasie są osoby z podobnymi problemami. Młody koniecznie chce "równać w górę". Jest to dobre i motywujące, pod warunkiem, że przynajmniej teoretycznie, jest w stanie na tę górę wejść.
Daleka jestem od stwierdzenia, iż integracja w szkole jest niemożliwa, a próby jej podejmowania skutkują wyłącznie katastrofą. Dla wielu dzieciaków klasy integracyjne są wymarzonym miejscem rozwoju intelektualnego, a przede wszystkim społecznego. Bywa jednak, że takim miejscem jest szkoła specjalna.Mała ilość uczniów w klasie ,fakt, że wszyscy potrzebują wsparcia (choć przecież w różnym stopniu) pozwala po prostu poczuć się bezpiecznie. Łatwiej jest odkryć i nauczyć się wykorzystywać swoje mocne strony, które w porównaniu ze zdrowymi rówieśnikami byłyby często niedocenione. Łatwiej zaakceptować te z ograniczeń,których przeskoczyć się nie da. Nie bez znaczenia jest też oferta terapeutyczna.
W klasach specjalnych są słabsi i silniejsi, ci,którzy mogą się kimś opiekować i ci, którzy takiej opieki wymagają. Także tam dzieci mogą rozwijać się i wykorzystywać w pełni swoje możliwości.Oczywiście, szkoła szkole nierówna. Trzeba czasami dobrze się natrudzić, aby znaleźć taką, która faktycznie odpowie na potrzeby specyficznego ucznia. Inny Syn jeździ do swojej 17 km. ...http://www.zsspbartnicza.waw.pl/
Warto odczarować szkoły specjalne i czasami spokojnie rozważyć wybór takiej placówki jako najlepszego miejsca do rozwoju dla Innego Dziecka. Szkoła się kończy, a dobra, przystająca do rzeczywistości samoocena każdemu bardzo się przydaje.Podobnie jak szereg umiejętności, które zdobywają dzieciaki uczone "specjalnie".
A przecież życie pozaszkolne naprawdę istnieje! Integracja poza szkołą też.
środa, 25 czerwca 2014
Jest taka fajna szkoła...
Jeżeli jesteście rodzicami człowieka , który będzie rozpoczynał edukację szkolną, obawiacie się, że masowa szkoła nie spełni oczekiwań Waszych i Waszego dziecka, a do tego mieszkacie w Warszawie , radzę zainteresować się Szkołą Podstawową Wspierania Rozwoju.http://szkolawspierania.edu.pl/.To miejsce stworzyły dzielne kobiety, które przez lata walczyły z biurokratyczną machiną, aby szkoła mogła istnieć.
I istnieje już 10 lat. Ostatnio mieliśmy szczęście gościć na jubileuszowym pikniku. W SPWR pracują świetni fachowcy i zapaleńcy, a przede wszystkim świetni ludzie. Jeżeli uczeń jest nadpobudliwy ( ADHD i nie tylko), ma problemy z adaptacją w dużych grupach, trudniej przychodzi mu nauka ( pogranicze normy intelektualnej lub lekkie upośledzenie umysłowe), cierpi na dysleksję czy dysgrafię lub ma za sobą trudny start w szkole podstawowej, myślę że spokojnie można kontaktować się ze szkołą przy ul Toruńskiej. Sprawdziliśmy - warto! Wszystkie wazne informacje znajdziecie na stronie szkoły .Mogę też zaznaczyć, że kontakt z kadrą Szkoły Wspierania Rozwoju ma dobroczynny wpływ nie tylko na dzieci, ale i rodziców, co jak wiadomo, jest równie ważne.
I istnieje już 10 lat. Ostatnio mieliśmy szczęście gościć na jubileuszowym pikniku. W SPWR pracują świetni fachowcy i zapaleńcy, a przede wszystkim świetni ludzie. Jeżeli uczeń jest nadpobudliwy ( ADHD i nie tylko), ma problemy z adaptacją w dużych grupach, trudniej przychodzi mu nauka ( pogranicze normy intelektualnej lub lekkie upośledzenie umysłowe), cierpi na dysleksję czy dysgrafię lub ma za sobą trudny start w szkole podstawowej, myślę że spokojnie można kontaktować się ze szkołą przy ul Toruńskiej. Sprawdziliśmy - warto! Wszystkie wazne informacje znajdziecie na stronie szkoły .Mogę też zaznaczyć, że kontakt z kadrą Szkoły Wspierania Rozwoju ma dobroczynny wpływ nie tylko na dzieci, ale i rodziców, co jak wiadomo, jest równie ważne.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














