Blog Innej Mamy i Innego Syna. O fajnych miejscach i wydarzeniach. O tym jak oswoić świat, gdy jest się trochę innym...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samodzielność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samodzielność. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 grudnia 2017

Pendolino do Świąt

  Stan nerwów Innej Matki wskazuje,że ...coraz bliżej Święta. I jak tu przeżyć,żeby dożyć?
Na szczęście wszystko wskazuje na to,że póki co zima została odwołana. Oczywiście mogłoby być ździebełko cieplej, ale nie wymagajmy za wiele.  Cieszy fakt, że z samochodu nie trzeba zrzucać tony śniegu,  nogi nie rozjeżdżają się efektownie każda w swoją stronę, a  wychodzeniu z domu nie towarzyszy marzenie o zapadnięciu w sen zimowy pozwalający przespać biały armagedon.
Ten optymistyczny stan może jednak ulec niekorzystnej zmianie przez jakieś nieprzewidziane, acz niekoniecznie nietypowe dla tej pory roku okoliczności pogodowe.
Niestety dzień skrócił się dramatycznie, wcale nie tylko ze względu na to, że mniej w nim jasnego. Godziny gdzieś pouciekały, doba krótsza jest z pewnością. Spisek, panie! A do tego sprzątnąć by trzeba jakoś dokładniej, pierniki upiec, uszka zamrozić...Tymczasem nic z tego. Codzienne Pendolino nie odpuszcza. Tylko dokąd pędzimy?
Inny Syn  własnymi drogami coraz częściej chodzi. Sprzątnął swój pokój...bo własnie miał na to ochotę.


Kurcze, też chciałabym mieć  ochotę na sprzątanie. Albo chociaż  na takie malutkie,śliczne przedświąteczne prasowanko. Skąd tu wziąć choć trochę entuzjazmu?
No tak, tylko co będzie kiedy nie doczekam się dzikiego szczęścia na myśl o gotowaniu? A może nic? Może nikt nie umrze z głodu, bo rodzina nieźle potrafi o siebie zadbać. Ba, Inny Syn całkiem przyzwoity obiad potrafi stworzyć. Oczywiście, kiedy ma ochotę...
 Ochoty na przykład nie miał na pieczenie pierników. Zgroza! Jak to? Święty bożonarodzeniowy zwyczaj nie będzie kontynuowany?! To matka osierocona i samotna, ma wykrawać łosie, serca, choinki, bałwanki, gwiazdki i inne cudaki?  Od niechcenia kilka niezbyt udanych ciastek machnęłam. Niedoczekanie! Strajk i styropian! ( droga młodzieży, o styropian zapytajcie rodziców pamiętających lata 80-te)
 A wieczorem Inny Syn jak gdyby nigdy nic zapytał, czy w poniedziałek zajmiemy się piernikami...
Własnie nabrał ochoty, bo przecież idą Święta. Wigilia niedługo. Będziemy się cieszyć, choć mieszkanie z pewnością  nie będzie wyglądało jak przed inspekcją Sanepidu.
                                               I całe szczęście.

sobota, 21 października 2017

Królestwo za kawę!

Jest dobrze. Pogoda piękna, na pohybel kalendarzom! Oby jak najdłużej, a najlepiej na zawsze. Ciepłolubna jestem, co już pół Polski wie i żadne "sorry taki mamy klimat" mnie nie satysfakcjonuje. Póki co jest ok. Po za promieniami słonecznymi do życia Innej Matce potrzebna jest KAWA. Dużo kawy, niestety... Nie żeby tam  zapobiegać stanom uśpienia, odrętwienia itp. Brak kawy we krwi skutkuje wyostrzeniem się paskudnych cech mojego niezbyt łatwego charakterku. Wydaje się, że Młody doskonale zna 'instrukcję obsługi" mojej skromnej osoby. Nie powinien wiec dziwić fakt,że czasami lądujemy w miłej kafejce. Tylko scenariusz takiej wyprawy przez lata uległ zmianie. Drzewiej matka, ledwie utrzymując małego nadpobudliwca w ryzach pozwalających na zamówienie czegokolwiek, udając,że wszystko jest w najlepszym porządku, zdobywała się na  niemały wyczyn p.t   "wychodzimy do społeczeństwa" napić się:
  1.  soczku - to małolat
  2.  kawy - to matka. 
A potem należało powrócić do domu i ODPOCZĄĆ po relaksie (taaa...) w kawiarni.
 Tak było...
Dziś matka z synem nienerwowo wchodzi do sympatycznej kafejki i pada w wygodnym fotelu. To syn wybiera, zamawia, płaci. Wie co i wie jak. Na dokładkę można pograć w ulubione planszówki, wcale nie dając Młodemu forów, bo potrafi i wygrać i co ważniejsze, przegrać. A mamuśka odpoczywa razem z synem...


piątek, 22 września 2017

"Kocham gotować" pizzę

   Pada, pada pada deszcz... cóż chyba trzeba przywyknąć do mokrej aury. W takim Londynie na przykład mają gorzej. Statystycznie...
  Dobrze, że są tacy, którym się chce chcieć, niezależnie od tego co serwuje nam jesień.
Wojtek powrócił do kuchni. Okazało się, że rola Innej Matki w procesie szykowania strawy zmalała boleśnie. Dla Matki oczywiście. " Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało", że zacytuję klasyka.
A syn gotuje w towarzystwie... tabletu lub komórki. I bynajmniej nie słucha muzyki, ani nie ogląda żadnego z obowiązkowych seriali.Wojciech"Kocha gotować". Ulubiony, odkryty osobiście przez Młodego kulinarny videoblog, stał się źródłem inspiracji i motywacji. Autor, Piotr Ogiński demonstruje sposób wykonania prostych lub bardziej skomplikowanych potraw w sposób niezwykle prosty i czytelny. A do tego wszystko dzieje się w zwykłej, domowej kuchni, co Wojtkowi szczególnie odpowiada. Ostatnio Młody postanowił upiec pizzę. Oczywiście nie była to pierwsza próba stworzenia włoskiego specjału, ale pierwsza przy której mamuśka raczej przeszkadzała, niż pomagała. Dobrze,że parę fotek zdołałam wydrzeć. Patrząc na zaangażowanie Innego Syna, byłam nawet  skłonna obdarzyć ekran komórki czymś na kształt sympatii. Okazuje się, że najprostsze, jak na dzisiejsze czasy, sposoby mogą pomóc w zrobieniu ogromnego kroku do samodzielności. Przepisu tym razem nie zamieszczam, bo kto chce, ten znajdzie u źródła. Polecam, nie tylko pizzę.
 A tymczasem, kochane Inne Matki dorastających Innych Dzieci, czas wyciągnąć się na kanapie i pomalować paznokcie.










poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Wadowice

                      Byłem z rodzicami u mojej dziewczyny, która mieszka koło Wadowic.



                     Byłem w Muzeum Jana Pawła Drugiego.


Widziałem  jego mieszkanie, różne przedmioty i szaty  w kolorach białym, czerwonym i filetowym.



                          Rodzina mojej dziewczyny jest bardzo fajna. Było super.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Wakacje z humorem

Patrzę, patrzę oczom nie wierzę. Data w kalendarzu wskazywałaby na to, że wakacje i lato powoli, a raczej jak zwykle zbyt szybko, pokazują nam plecy. Nie żebym była miłośniczką upałów, ale perspektywa konieczności zakładania na siebie coraz większej ilości odzieży, nie napawa optymizmem. Zwłaszcza, że moja rozchwiana termoregulacja, na wysokości grudnia domaga się zazwyczaj użycia puchowego pokrowca z wycięciem na oczy, a i to może okazać się niewystarczające.
 No, ale póki co mamy lato. A latem może się przydarzyć  wakacyjny wyjazd z nastolatkiem,
 w pakiecie z rozszalałymi hormonami i adekwatnymi do tegoż szaleństwa humorami. Kto nie dysponuje nastolatkiem, a lubi wypoczywać z dużą dawką adrenaliny, niech koniecznie jakiegoś wypożyczy. Choć może być z tym pewien problem, bo klasyczny nastoletni potwór najchętniej nie wystawia nosa z domu, izoluje się od okropnego świata za pomocą słuchawek, z których sączą się dźwięki niekoniecznie przyjazne dla zramolałych rodziców.
 Że Inni mają inaczej? Otóż nie mają inaczej. Może mają trochę w Innym czasie, trochę w Innym tempie, może trudniej pogodzić się z tym faktem Innym Rodzicom, ale dojrzewanie jest nieuniknione. Na szczęście.
Wojciech o dziwo dał się odłączyć od laptopa, tableta i całej reszty elektroniki. Bolało tylko trochę... I pojechaliśmy w Góry Świętokrzyskie. Długa podróż została darowana i Innej matce, nadgryzionej z lekka przez ząb czasu, i synowi, który aktualnie miłośnikiem przemieszczania się nie jest. Dołożywszy do tego znerwicowanego spaniela i Innego Tatę, który cały ten wesoły autobus musiał ogarniać, nawigować, wyciszać i przytulać, długa podróż mogłaby zakończyć się redukcją stanu osobowego Innej Rodziny. Dojechaliśmy, a jakże. Miejsce cudne u podnóża Łysicy, "Domki w Puszczy"godne polecenia i ze względu na bardzo dobry standard za przyzwoitą cenę, i przemiłą gospodynię.  Do tego góry i Mazury w jednym, gdyż parę kilometrów dalej rozciąga się niewielki, ale urokliwy Zalew Wilkowski z piaszczystą plażą, kajakami i rowerami wodnymi.



Jak wiadomo Młody wodę kocha, więc w wakacje obowiązkowo jakiś choćby niewielki  akwenik musi być w zasięgu.
Tylko nie sposób, niczym potwór z Loch Ness, nie opuszczać ani na chwilę ulubionego zbiornika. Czasami od wody należałoby się odessać...
 Bojowym zawołaniem naszego ulubionego Innego Syna stało się "chodźmy!" Dokąd? Jak to "dokąd"? Gdzie indziej!  Więc gdziekolwiek byśmy nie byli, należało czym prędzej stamtąd zniknąć. Prawdziwym wyzwaniem okazały się górskie szlaki...  i to bynajmniej nie ich pokonywanie, tylko namówienie Młodego żeby poszedł. Argument, że być w górach i nie być w górach to zgroza i rozpacz, zupełnie nie trafia do nastoletniego malkontenta. Inny szedł głównie z litości nad marudzącymi rodzicami , sam marudząc jak na nastolatka przystało. Za to jak szedł!  Długie nogi Młodego śmigały z lekkością kozicy po świętokrzyskich gołoborzach, bez najmniejszych oznak zadyszki. Ach , młodość! Łysica i Łysa Góra zostały zdobyte, a wszystkie czarownice pouciekały przed nami w popłochu. Za to widoki zostały...





Mieliśmy szczęście uczestniczyć w festynie archeologicznym "Dymarki Świętokrzyskie" w Nowej Słupi. Rewelacja! Można było podziwiać starożytne metody wytopu żelaza, manewry konne, targ niewolników, rzymski ślub, przeróżne rzemiosła i sztuki walki. Działo się!






Nawet  zdegustowany światem nastolatek wykazał zainteresowanie. Podobnie jak kielecką jaskinią w rezerwacie " Kadzielnia". Kto nie był, a wybiera się do Kielc


 niech koniecznie odwiedzi to krasowe cudo.


    I to praktycznie w samym sercu miasta!
   Coby nie mówić wakacje były super. Nawet na pogodę Inna Matka narzekać nie mogła. I choć czasem pomstowanie Innego Syna wystawiało na nie lada próbę rodzicielską cierpliwość, razem spędzony czas w pięknych okolicznościach przyrody był bezcenny.
 A Inny Syn dorasta i tak powinno być. I to jest radość.

czwartek, 29 czerwca 2017

Letnie matki refleksje...

Mamy wakacje! Tzn. Wojtek ma. Ja póki co w pracy, ale, że pracę lubię, to spokojnie czekam na sierpniowy urlop. Rok szkolny zakończony. Wszyscy przeżyli, szkoła stoi w tym samym miejscu, co pierwszego września, co przy antysystemowym  charakterze syna mego nie musiałoby być oczywiste. Dziesięć szkolnych miesięcy możemy zaliczyć do udanych, choć przy końcu roku Młody ciągnął na "oparach benzyny" i nie zawsze w porę wciskał hamulec.
 A matkę naszły refleksje wczesnoletnie. Syn coraz bardziej samodzielnym bytem się staje. Rodzina już nie musi stawać na głowie, jak się zorganizować, kiedy wszyscy w pracy, a Młody akurat ma wakacje. Młody zostaje w domu. I tyle. Ot, taka całkiem jeszcze niedawno nieoczywista oczywistość. I tylko zawiadamia,że własnie postanowił pojechać na ulubionego hamburgera. Wie,że mieszkanie trzeba zamknąć, legitymacje i telefon zabrać koniecznie i gotówka też raczej się przyda. Ma wątpliwości- pyta. A potem odważnie rusza po swoje. A był czas kiedy pozostawienie Innego Syna na pół godziny bez opieki przyprawiało matkę o palpitację i zlewne poty. Jeszcze chwilę temu mamuśka łzę nie jedną uroniła, że syneczka do szkoły już nie wiezie, tylko dowóz co rano pod domem się melduje. A dziecinka wstać musi świtem bladym, no i wraca zdecydowanie, jak dla matki, zbyt późno. Teraz Wojciech dowozem jeździć nie chce, bo woli sam, autobusem do szkoły się udać. Tak zwyczajnie, jak wszyscy.  Matka już rzadziej wzrok błędny w komórkę wlepia, bo wie, że syn da radę.  Nawet jeśli nie zamelduje się natychmiast po dotarciu do celu, to raczej z powodu życia towarzyskiego niż wszystkich nieszczęść jakie mogą człowieka spotkać. A, że mogą to wiemy. Tylko mnie też mogą. Zwłaszcza,że sporą część dnia spędzam w blaszanej puszce na kółkach... Ryzyko jest zawsze, ale żyć trzeba. I to na swoich warunkach. Wojciech do podjęcia tego ryzyka też ma prawo.
 Z głodu chłopina również nie umrze. Kolacji matka nie szykowała już całe wieki, bo Młody woli sam. Kanapki do szkoły, śniadanie, a nawet prosty obiad w stylu spaghetti - proszę bardzo. A tu kiedyś z przerażeniem patrzyłam jak dziecko me herbatę robiło. Bo to wrzątek, szklanki i inne nieszczęścia...
                 Dojrzewamy...oboje.


wtorek, 20 czerwca 2017

wtorek, 23 maja 2017

sobota, 6 maja 2017

A może by tak do Łodzi?

Nasza najdłuższa majówka świata właśnie dobiega końca. Cóż, wszystko co dobre... No, ale nie ma co marudzić, trzeba wylądować w rzeczywistości, nawet jeśli będzie to lądowanie nie całkiem miękkie. A majowe lenistwo wydłużyliśmy sobie nieco. Matka w pracy stawić się nie musiała, więc dlaczego Inny Syn miałby tak po prostu pobiec do szkoły 4 maja. Sprawiedliwość musi być!          Inni postanowili wybrać się na wycieczkę do Łodzi. Pogoda nie zachęcała- lało,wiało, jednym słowem za oknem dramat! Kiedy jednak Inni ruszają w Polskę, taki drobiazg jak niesprzyjająca aura na pewno im nie przeszkodzi. Na początek podróży obowiązkowo kawa.


Młody jak zawsze ku matki przerażeniu trzy łyżeczki do aromatycznego napoju wrzucił i... nie zdążył donieść do wagonu, wypił po drodze 😊
 Podróż w dobrym towarzystwie mija błyskawicznie. Młody dostojnie słuchał niezbyt dostojnej muzyki,

matka mogła sobie przypomnieć, że świat jest tak zwyczajnie ciekawy i czas tego w ogóle nie zmienia.
 A w Łodzi nie padało! "Yes, yes, yes! ", że zacytuję klasyka.
Udało nam się odwiedzić Muzeum Animacji, mieszczące się w podupadających budynkach Widzewskiej Manufaktury. Miejsce na pierwszy rzut oka przygnębiające...


A jednak warto wejść do środka. Przemiłe animatorki zaprosiły nas na projekcję oskarowego,  polsko-brytyjskiego filmu lalkowego " Piotruś i Wilk". Rewelacja! A po projekcji można było obejrzeć makiety i lalki występujące w " Piotrusiu"



i nie tylko... Ach, łza się w matczynym oku kręci... Uszatek,


Coralgol...


dobranocki, wieczorynki... to już se ne vrati?
A potem pognaliśmy do Palmiarni. Inny wymiar, proszę państwa. Szarość i wilgoć została na zewnątrz, a w środku...cudo.... Rośliny jak z bajki....




i ryby jak z bajki...

Wojtek wczuł się w rolę przewodnika po świecie kaktusów. Pełna profeska!


Być w Łodzi i nie udać się do "Manufaktury"? Nie mogliśmy do tego dopuścić...


Choć przyznajemy po dobroci,że tym razem nie dotarliśmy do żadnego z manufakturowych muzeów. Cóż... utknęliśmy w pizzerii. Wyjazd bez pizzy, wyjazdem straconym! Nie mogliśmy wszak do tego dopuścić...


A potem to już nie bardzo dało się ruszyć... Krótki. baaardzo powolny spacerek po "Manufakturze" i okazało się,że trzeba wracać. Nie było rady. I tak całkiem nie jesteśmy pewni, sen to był czy jawa?