Blog Innej Mamy i Innego Syna. O fajnych miejscach i wydarzeniach. O tym jak oswoić świat, gdy jest się trochę innym...
wtorek, 21 marca 2017
Światowy Dzień Zespołu Downa
Za każde zdjęcie oznaczone hashtagiem #LiniaProsta na Instagramie, Twitterze lub Facebooku telewizja Lifetime przekaże 5 złotych na rzecz Stowarzyszenia Bardziej Kochani, na projekt "Mieszkanie chronione" pomagający usamodzielnić się osobom z zespołem Downa.
Przyłączamy się i my! :)
poniedziałek, 13 marca 2017
Niełatwo być konstruktorem
Niedawno sklejałem samolot. Jedno skrzydło było złamane, ale udało się. Mama pomogła mi skleić. To było trudne, bo było dużo części. Mam fajny samolot.
niedziela, 26 lutego 2017
Niezbyt grzeczne ferie...
Wszystko co dobre... Nie będę smęcić, ale ferie ostatecznie i nieodwracalnie dobiegły końca. Młody jak to Młody, do przybytku nauki mu nieśpieszno. Zresztą kto po feriach w podskokach wraca do szkoły, nawet najfajniejszej? Poranne wstawanie to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej...
Oczywiście ferie nie mogły obyć się bez wyjazdu do Torunia, w którym mieszka ulubiona babcia. Odwiedziny w mieście pierników są stale ogromną atrakcją. mimo, że Wojtek patrzy na świat z nieprzyzwoitej wysokości, z młodego gardła wydobywa się głos już zupełnie niedziecięcy, a konieczność zaprzyjaźnienia się z maszynką do golenia staje się coraz bardziej realna. Wojtek zna starówkę toruńską prawie tak dobrze jak własne osiedle, więc czas spędzamy trochę inaczej niż przewidują to przewodnikowe standardy. Z przyczyn dla matki nie do końca jasnych, Młody uwielbia odwiedzać Centrum Sztuki Współczesnej. Im wystawa dziwniejsza tym Inny Syn szczęśliwszy.
Tym razem odwiedziliśmy wystawę " Do domu!", toruńskiego performera i poety, Stefana Kornackiego. Ekspozycja ma charakter audiowizualny, a Wojtka szczególnie poruszyło wykorzystanie napisów i neonów zdemontowanych z miejskich dachów.
Mocniejszych wrażeń dostarczyła nam wystawa " Evolution"prezentująca oryginalne rekwizyty, kostiumy oraz fragmenty scenografii z filmów Davida Cronenberga. Jak wiadomo matka miłośniczką horrorów nie jest, więc łatwo nie było... Za to syn podszedł do sprawy poznawczo i z ciekawością odszukiwał prezentowane rekwizyty we fragmentach filmów, które można było obejrzeć. Odkrycie,że to co widać na ekranie, w "realu" nie zawsze prezentuje się tak groźnie i okazale, było bardzo cenne.
Matka jednak z ulgą wystawę związaną z twórczością Cronenberga opuściła i odżeglowała szukać wytchnienia wśród staromiejskich kamienic. Wojtek wykorzystał kolejną okazję, aby pozdrowić mistrza Kopernika
i przywitać mniej znakomitego współgospodarza gotyckich zakamarków.
Oczywiście nawet w Toruniu żyć samą sztuką nie można, zwłaszcza kiedy jest się miłośnikiem "zwiedzania" sklepów mieszczących się w okolicach toruńskiego Starego Miasta. Inny Syn postanowił odbyć " trening zakupów", bynajmniej nie tylko teoretycznie. Samodzielne wybieranie odzieży, przymierzanie,
płacenie... Tylko dlaczego mój portfel jakiś lżejszy? Ja też coś trenowałam?
Wrażeń wiele, pogoda niezbyt sprzyjająca długim spacerom, trzeba było gdzieś usiąść, rozgrzać zmarznięte kończyny i co najważniejsze, pogadać. Inny Syn wpadł na pomysł, aby matkę zabrać na... grzane piwo. Taaa... już widziałam oczami wyobraźni miny gości kawiarni, którą zamierzaliśmy uszczęśliwić. Inna Matka, Inny Syn, wyglądający na małolata i ...kufle z piwem. Zgroza i zgorszenie! Ale chwila, Młody posiada nie od wczoraj dokument zgodnie z którym ma prawo iść na piwo, nawet z matką. A gorzka mikstura, która nie jest marzeniem matki, była marzeniem syna. Spróbować...
Dlaczego niby nie? Młody sam zamówił dwa grzańce, dumnie machając dowodem osobistym.
Pan Inny Syn oczekuje...
I... chyba złocisty napój niezbyt przypadł do gustu.
Daliśmy radę tak po 1/3, mniej więcej... Brawa dla pani przyjmującej zamówienie. Pełna profeska i uprzejmość. Młody skorzystał z przywileju (?) dorosłości, choć doświadczył, że nie każda możliwość jest godna wykorzystania. Na razie na piwo się nie wybiera. Ja też nie.
Oczywiście ferie nie mogły obyć się bez wyjazdu do Torunia, w którym mieszka ulubiona babcia. Odwiedziny w mieście pierników są stale ogromną atrakcją. mimo, że Wojtek patrzy na świat z nieprzyzwoitej wysokości, z młodego gardła wydobywa się głos już zupełnie niedziecięcy, a konieczność zaprzyjaźnienia się z maszynką do golenia staje się coraz bardziej realna. Wojtek zna starówkę toruńską prawie tak dobrze jak własne osiedle, więc czas spędzamy trochę inaczej niż przewidują to przewodnikowe standardy. Z przyczyn dla matki nie do końca jasnych, Młody uwielbia odwiedzać Centrum Sztuki Współczesnej. Im wystawa dziwniejsza tym Inny Syn szczęśliwszy.
Tym razem odwiedziliśmy wystawę " Do domu!", toruńskiego performera i poety, Stefana Kornackiego. Ekspozycja ma charakter audiowizualny, a Wojtka szczególnie poruszyło wykorzystanie napisów i neonów zdemontowanych z miejskich dachów.
i przywitać mniej znakomitego współgospodarza gotyckich zakamarków.
Oczywiście nawet w Toruniu żyć samą sztuką nie można, zwłaszcza kiedy jest się miłośnikiem "zwiedzania" sklepów mieszczących się w okolicach toruńskiego Starego Miasta. Inny Syn postanowił odbyć " trening zakupów", bynajmniej nie tylko teoretycznie. Samodzielne wybieranie odzieży, przymierzanie,
Wrażeń wiele, pogoda niezbyt sprzyjająca długim spacerom, trzeba było gdzieś usiąść, rozgrzać zmarznięte kończyny i co najważniejsze, pogadać. Inny Syn wpadł na pomysł, aby matkę zabrać na... grzane piwo. Taaa... już widziałam oczami wyobraźni miny gości kawiarni, którą zamierzaliśmy uszczęśliwić. Inna Matka, Inny Syn, wyglądający na małolata i ...kufle z piwem. Zgroza i zgorszenie! Ale chwila, Młody posiada nie od wczoraj dokument zgodnie z którym ma prawo iść na piwo, nawet z matką. A gorzka mikstura, która nie jest marzeniem matki, była marzeniem syna. Spróbować...
Dlaczego niby nie? Młody sam zamówił dwa grzańce, dumnie machając dowodem osobistym.
niedziela, 19 lutego 2017
Inny przewodnik
Uwaga, uwaga! Przedstawiamy dziś jedyny w swoim rodzaju przewodnik po Aninie . Znakomity autor Inny Syn, wykonał go pod okiem Innego Taty.
Panie i Panowie, oto
" INNY PRZEWODNIK PO ANINIE"
Symbol Anina
Dzień dobry. Drodzy Państwo, informujemy, że Wawer i Anin są pięknym osiedlem i uroczą dzielnicą Warszawy.
Kościół Matki
Bożej Królowej Polski, ul. Rzeźbiarska
Kościół w Aninie jest piękny. Witraże są kolorowe. Z boku kościoła znajduje się grób ks. Wiesława Kalisiaka i kamień ks. Jerzego Popiełuszki. Jego grób znajduje się na Żoliborzu. Jest tam też muzeum ks. Jerzego Popiełuszki.
Basen, ul. V Poprzeczna
W Aninie jest nowoczesny basen. Warto tu przychodzić, bo są bardzo mili ratownicy.
Ulicą Kajki jeżdżą autobusy 525, 125 i 115. Podróżują nimi z Międzylesia obcokrajowcy.
W Instytucie Kardiologii leczą się ludzie z chorym sercem.
Panie i Panowie, oto
" INNY PRZEWODNIK PO ANINIE"
Symbol Anina
![]() |
| foto Internet |
Dzień dobry. Drodzy Państwo, informujemy, że Wawer i Anin są pięknym osiedlem i uroczą dzielnicą Warszawy.
![]() |
| Foto Internet |
Kościół w Aninie jest piękny. Witraże są kolorowe. Z boku kościoła znajduje się grób ks. Wiesława Kalisiaka i kamień ks. Jerzego Popiełuszki. Jego grób znajduje się na Żoliborzu. Jest tam też muzeum ks. Jerzego Popiełuszki.
Basen, ul. V Poprzeczna
![]() |
| Foto Internet |
W Aninie jest nowoczesny basen. Warto tu przychodzić, bo są bardzo mili ratownicy.
Gimnazjum i
liceum w Aninie, ul. Alpejska
![]() |
| Foto Internet |
Anin ma swoje
gimnazjum i liceum. W pobliżu szkoły nie zawsze bywa bezpiecznie, bo jeżdżą tam
na rowerach niesympatyczni chłopcy. Oni potrafią dokuczyć.
Ulica Kajki
![]() |
| Foto Internet |
Ulicą Kajki jeżdżą autobusy 525, 125 i 115. Podróżują nimi z Międzylesia obcokrajowcy.
Instytut
Kardiologii, ul. Alpejska
![]() |
| Foto Internet |
W Instytucie Kardiologii leczą się ludzie z chorym sercem.
Las aniński
W lesie widzimy
ścieżki rowerowe. Uwaga! W naszym lesie harcują dziki i jelenie. Uwaga! Jak ktoś
ma psa, proszę uważać na psy, bo dziki bywają niebezpieczne i atakują.
Osiedle IBJ
![]() |
| Foto Internet |
Osiedle IBJ. Tu mieszkam
sobota, 4 lutego 2017
Wyprawa na Marsa?
Nie od dzisiaj wiadomo,że mężczyźnie potrzebne są wyzwania. Inny Syn zupełnie nie odbiega w tej kwestii od "średniej krajowej". Jest zadanie, jest zabawa! Trzeba przyznać, że chęci przekraczania kolejnych granic i sięgania po więcej, może mu pozazdrościć nie jeden tzw. "normals".
Jak już zdążyłam Wam oznajmić, pewnego pięknego dnia Wojtek został czytelnikiem naszej lokalnej biblioteki. Młody w asyście Innego Taty dopełnił wszelkich potrzebnych formalności i stał się posiadaczem KARTY CZYTELNIKA. Taka karta to jest coś! Wielce mądrą książkę o powstaniu warszawskim się pożyczyło, trochę kartkowało, trochę oglądało, trochę, i owszem, czytało. Aż nadszedł moment kiedy lektura wojtkowa powinna wrócić na szacowną, biblioteczną półkę.
Wojciech zdecydował,że tym razem pójdzie sam, bez rodzicielskiej czy siostrzanej asysty. Cóż, nasze osiedle to nie Nowy Jork ( choć numeryczne nazwy kilku ulic mogłyby na to wskazywać...), odległość od naszego domu do biblioteki trochę krótsza niż z Ziemi na Marsa. Tylko TROCHĘ krótsza, jak dla mnie WCALE nie krótsza!!! I tyle ulic po drodze, a jedna całkiem ruchliwa! A wiadomo kogo to człowiek po drodze spotka? Kto zaczepi, albo krzywo na Innego popatrzy? Albo... I tu Inna Matka sama siebie spacyfikować musiała, nieskromnie przyznawszy,że w opanowywaniu paniki powoli staje się mistrzem. Uśmiech do lekko skwaszonej facjaty przykleiłam i syna w pomyśle samodzielnej eskapady wsparłam. Oczywiście nie obyło się bez sprawdzenia czy aby moje Maleństwo (hmm... 1,86 cm) szalik założyło, buty dobrze zawiązało i przede wszystkim, komórkę zabrało. W takich okolicznościach mam ochotę uściskać wszystkich wynalazców i innowatorów gadających urządzeń, które często uważam za pożeracze czasu i wolności. Niech żyją telefony komórkowe ratujące Inną Matkę przed niechybnym zawałem lub apopleksją!
Wojciech do biblioteki dotarł bez problemu, litościwie meldując się mamuśce po drodze, dzięki czemu domowe zapasy melisy pozostały prawie nienaruszone. Oczywiście nowa książka o powstaniu została wypożyczona Za jakiś czas mój samodzielny czytelnik spokojnie odniesie ją do biblioteki, co będzie już zupełnie oczywiste.
Synu dałeś radę! Brawo!
I ja dałam radę...
Jak już zdążyłam Wam oznajmić, pewnego pięknego dnia Wojtek został czytelnikiem naszej lokalnej biblioteki. Młody w asyście Innego Taty dopełnił wszelkich potrzebnych formalności i stał się posiadaczem KARTY CZYTELNIKA. Taka karta to jest coś! Wielce mądrą książkę o powstaniu warszawskim się pożyczyło, trochę kartkowało, trochę oglądało, trochę, i owszem, czytało. Aż nadszedł moment kiedy lektura wojtkowa powinna wrócić na szacowną, biblioteczną półkę.
Wojciech zdecydował,że tym razem pójdzie sam, bez rodzicielskiej czy siostrzanej asysty. Cóż, nasze osiedle to nie Nowy Jork ( choć numeryczne nazwy kilku ulic mogłyby na to wskazywać...), odległość od naszego domu do biblioteki trochę krótsza niż z Ziemi na Marsa. Tylko TROCHĘ krótsza, jak dla mnie WCALE nie krótsza!!! I tyle ulic po drodze, a jedna całkiem ruchliwa! A wiadomo kogo to człowiek po drodze spotka? Kto zaczepi, albo krzywo na Innego popatrzy? Albo... I tu Inna Matka sama siebie spacyfikować musiała, nieskromnie przyznawszy,że w opanowywaniu paniki powoli staje się mistrzem. Uśmiech do lekko skwaszonej facjaty przykleiłam i syna w pomyśle samodzielnej eskapady wsparłam. Oczywiście nie obyło się bez sprawdzenia czy aby moje Maleństwo (hmm... 1,86 cm) szalik założyło, buty dobrze zawiązało i przede wszystkim, komórkę zabrało. W takich okolicznościach mam ochotę uściskać wszystkich wynalazców i innowatorów gadających urządzeń, które często uważam za pożeracze czasu i wolności. Niech żyją telefony komórkowe ratujące Inną Matkę przed niechybnym zawałem lub apopleksją!
Wojciech do biblioteki dotarł bez problemu, litościwie meldując się mamuśce po drodze, dzięki czemu domowe zapasy melisy pozostały prawie nienaruszone. Oczywiście nowa książka o powstaniu została wypożyczona Za jakiś czas mój samodzielny czytelnik spokojnie odniesie ją do biblioteki, co będzie już zupełnie oczywiste.
Synu dałeś radę! Brawo!
I ja dałam radę...
poniedziałek, 16 stycznia 2017
Byłem na nartach
Pierwszy raz w tym roku pożyczałem narty. W wypożyczalni był miły pan i miła pani. Było ciężko zapiąć narty i było bardzo ślisko. Nie przewróciłem się, ale pojechałem dalej. Było dużo śniegu.
Narty są fajne.
Narty są fajne.
niedziela, 8 stycznia 2017
Jak rozgrzać zimę
Chcieliśmy zimę, no to mamy. Matka- malkontent musi ponarzekać, nie byłaby sobą. Po pierwsze mróz za duży. Kto to widział, żeby temperatura spadała poniżej dziesięciu. Paszcza na mrozie niemłodej mamuśce drętwieje i gadać nie może tyle, ile by chciała. Po drugie śniegu za mało. Na sankach zjeżdża tylko Młody i czasami odważny Inny Ojciec, który o dobrostan kości ogonowej nie chce dbać. Chociaż za dużo śniegu też nie dobrze, bo to człowiek w samochodzie spędza jednak więcej czasu niż na górce, a wiadomo, biały puch równa się kłopoty za kierownicą, zwłaszcza z parkowaniem. A w tej kwestii matka średnią krajową parkujących blondynek z powodzeniem wyrabia... Ogólnie rzecz biorąc, zimie mówię nie i czekam na wiosnę, ba chwilami już ją czuję. Przesadzam? Dnia przybywa! Dzisiaj o 16.00 było jeszcze całkiem przyzwoicie jasno. Wiosna tuż tuż?
Jakoś jednak do cieplejszych czasów trzeba dotrwać. Nic tak nie poprawia humoru jak coś dobrego, słodkiego, ciepłego... Weźmy na przykład zwykłe placki z cynamonem i tartymi jabłkami. A jeszcze jak samemu nie trzeba wisieć nad patelnią, tylko Inny Syn matkę wyręczy, to bajka! Zapach cynamonu stale poprawia mi humor i nawet jestem w stanie zgodzić się z faktem, iż pierwszy dzień wiosny nie nadejdzie jutro. Aby mróz matce przestał być straszny Wojciech przyszykował:
Do garnka wsypujemy mąkę, dodajemy mleko, jajka, cynamon, proszek do pieczenia, cukier waniliowy. Mieszamy mikserem ok. dwie minuty.
Zapach cynamonu- marzenie. Placki zjadamy natychmiast, posypując cukrem, a w przypadku Wojtka topiąc w bitej śmietanie, czego matka na zdjęciu nie uwieczniła, bo delikatnie mówiąc fanką śmietany nie jest....
Jakoś jednak do cieplejszych czasów trzeba dotrwać. Nic tak nie poprawia humoru jak coś dobrego, słodkiego, ciepłego... Weźmy na przykład zwykłe placki z cynamonem i tartymi jabłkami. A jeszcze jak samemu nie trzeba wisieć nad patelnią, tylko Inny Syn matkę wyręczy, to bajka! Zapach cynamonu stale poprawia mi humor i nawet jestem w stanie zgodzić się z faktem, iż pierwszy dzień wiosny nie nadejdzie jutro. Aby mróz matce przestał być straszny Wojciech przyszykował:
- 2 szklanki mąki
- 2 szklanki mleka
- 2 jajka
- 0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
- 1 cukier waniliowy
- 2 łyżki cynamonu ( tyle trzeba,żeby Inna Matka odzyskała trochę wigoru, ale może wy potrzebujecie trochę mniej aromatycznego zastrzyku)
- 3-4 jabłka
- olej do smażenia
Subskrybuj:
Posty (Atom)



























