Blog Innej Mamy i Innego Syna. O fajnych miejscach i wydarzeniach. O tym jak oswoić świat, gdy jest się trochę innym...

poniedziałek, 10 października 2016

Jesienią o przyjaźni

         Szaro,buro, pada deszcz, niby tak jak być powinno, w końcu mamy jesień...                                     Inny Syn dzielnie z samego rana zwleka się z łózka,w pierwszej chwili nieco nieprzytomnie ocenia sytuację a następnie nie zważając na  stan reszty rodziny zaczyna prowadzić dialog na tematy lekkie i...egzystencjalne. Kiedy pozostałe ledwo poruszające kończynami, snujące się w porannej malignie, persony nie wyrażają ochoty na kontynuowanie rozmowy, dialog przeradza się w monolog. Cóż, jak na Innego przystało Wojtek zawsze znajdzie jakieś rozwiązanie.Trzeba z rana pogadać z kimś interesującym. Za oknem ledwo co wstał kolejny dzień, Syn zasuwa do busa, który ma dowieźć go  do szkoły. Dom powoli się wyludnia. Reszta rodziny, bez przesadnego entuzjazmu, wyrusza do boju.Wszak mamy Nowy Wspaniały Dzień! A na straży zostaje... no powiedzmy pies. Nie, nikogo nie obrażam, tylko to stworzenie, które z nami mieszka od prawie dziewięciu lat jest jakimś dziwnym ... no jest Innym Psem. Niby to spaniel, który jak wiadomo, niekoniecznie dysponuje uroczym, łagodnym charakterem. Dysponuje za to urodą, choć umówmy się,że do całości psa nie pasuje ogon.Ten z całą pewnością trafił do właściciela dość przypadkowo i nie chce dostojnie zwisać,jak przystało na standardy rasy. Ogon jest zawsze w ruchu tyle, że zawinięty w uroczy rogalik.  A raczej w haczyk... Haczyk się cieszy, frasuje, oczekuje.. 
Przez dziewięć lat psiego życia, nasza psa czuje się za nas odpowiedzialna, a szczególnie czuje się odpowiedzialna za Wojtka. Początki psio-wojtkowej zażyłości nie były proste. Charakterny pies walczył o wpływy z charakternym młodym człowiekiem. I nie raz zęby wbijały się w ...sierść, bo niezbyt jeszcze duży Wojtek schodził do poziomu czworonoga i w ferworze zabawy gryzł psa w okolice ogona. Na szczęście ludzkie ząbki nie robiły stworzeniu krzywdy ( obrońców zwierząt prosimy o wyrozumiałość), a miejsce w stadzie zostało ustalone.  Na korzyść Wojtka.                        
Gama kocha Młodego miłością wielką i specyficzną. Z jednej strony Wojtek to kompan do zabawy, któremu przynosi się piłkę w lesie, nawet jeżeli do dyspozycji jest całe stado czyli rodzina. Na Wojtka czeka się pod drzwiami i macha ogonem zanim matka usłyszy kroki syna . O Wojtka jednak też się martwi, kiedy sam wychodzi z domu.Spaniel nerwowo biega i patrzy na nierozważnych rodziców, którzy pozwalają na takie eksperymenty. Gdyby pies potrafił w takich chwilach mówić... No, dobrze,że nie potrafi.
Wojtka budzi się rano,  wbiega się do pokoju z Inną Mamą ( mama nie biega, mama pełznie)  i tak przy okazji robi się rewizję w koszu na śmieci. A nuż jakiś fajny szeleszczący papierek lub, co jest szczytem psich marzeń, chusteczka higieniczna. Gama uwielbia napychać mordę chusteczkami. Nie gryzie ich, nie połyka, tylko trzyma w paszczy, chowa się na swoim posłaniu i robi za groźnego psa, wydając złowieszcze pomruki, zwłaszcza, jeśli w pobliżu znajduje się Wojtek. Syn zazwyczaj lekko obraża się na psie zaczepki i idzie poskarżyć mamuśce. Na widok mamuśki zębiska same puszczają zdobycz. To się nazywa mieć autorytet... Tylko te psie oczy, raczej figlarne...
Gama bywa zmęczona swoim niesfornym stadem. " Dalibyście już spokój" mówi czasami psi wzrok, a cielsko z łoskotem mości się za zasłoną. Mimo jednak kłopotów jakie spadają na spanielą głowę za sprawą Innego Syna i reszty rodziny, Gama czuje się ważna, niezastąpiona. I słusznie. Taki to Inny Pies, Innej Rodziny.






niedziela, 25 września 2016

Jesień przyszła...

Jesień jest fajna. I nawet fakt,że dzień krótszy i do szkoły trzeba wstawać o godzinie, której nie ma, nie jest w stanie tego zmienić. Przecież są kasztany, które Inny Syn uwielbia wygrzebywać spod opadłych liści, słońce cały czas przygrzewa, choć już nie tak dokuczliwie, no i te kolory...Matka się rozmarzyła,choć na co dzień piękna świata jakby nie zauważa. Wszak trudno podziwiać widoki jak się siedzi na pędzącym meteorycie ...
A kiedy aura staje się mniej przyjazna, jesienią można jakoś tak z mniejszymi wyrzutami sumienia uraczyć się rozgrzewającą , aromatyczną kawą , koniecznie z kawałkiem domowego ciasta. Na pohybel kaloriom ! Organizm szykuje się do zimy, trzeba gromadzić zapasy!  Tu Syn staje na wysokości zadania. Na hasło " może by coś upiec" odzew może być tylko jeden- " Taak!" Zapraszamy na ciasto,które wszyscy znają i które ZAWSZE się udaje. Jesienna kawa tylko z plackiem ze śliwkami!

Wojtek zgromadził:

  • 4 szklanki mąki
  • 2 szklanki cukru
  • 1 szklankę śmietany
  • 5 jajek
  • 1 kostkę margaryny
  • 1 proszek do pieczenia
  • 70 dag pięknych śliwek 
Wykonanie zajęło Synowi... no niewielką chwilę zajęło, bo Matka nawet swojej jesiennej herbatki nie zdążyła wypić.  
Margarynę należy roztopić i przestudzić, wszystkie składniki wymieszać,



rozłożyć na blaszkę.    


          Śliwki pozbawiamy pestek


i układamy na wierzch , koniecznie skórką do dołu .

 

Pieczemy to cudo w temperaturze 180 C nie dłużej niż 40 minut. A teraz placek, kawa i książka na deser...
Foto by Wojtek

poniedziałek, 19 września 2016

Verva Street Racing

W sobotę byłem na Verva Street  Racing.To jest taki wielki piknik z autami i motorami.Widziałem terenowe auta,



pojazdy straży pożarnej i pogotowia





stare auta,



różne pokazy.


Auta miały różne  kolory ; zielony, pomarańczowy, niebieski ,szary. Zapraszam na Vervę za rok!

poniedziałek, 5 września 2016

Szkoło, hej...

I po sprawie.  Po chodzeniu spać o godzinie której nie ma, po wstawaniu raczej na obiad, niż na śniadanie, po nicnierobieniu, choć w przypadku Innego Syna to raczej po wszystkorobieniu. Teraz będzie dyscyplina dnia codziennego wymuszona przez ulubioną placówkę oświatową, bo przecież nie przez matkę. Syn rozpoczyna nowy rozdział- został całkiem dorosłym uczniem szkoły przysposabiającej do pracy. Cała nadzieja, że szkolnej rutyny będzie nieco mniej niż na poprzednich etapach nauczania. Wojciech jest człowiekiem zadaniowym, ale zadania nie muszą być związane z misternym wypełnianiem wszelkich kart pracy, przeliczaniem ilości kwiatuszków i misiaczków, których niestety z gimnazjów specjalnych nikt jeszcze nie eksmitował. A dorosła już prawie młodzież albo się wścieka, albo się śmieje. Na litość! Niepełnosprawność intelektualna nie oznacza braku rozwoju jakiegokolwiek. Kasie, Stasie i Fele z czytanek czas najwyższy zastąpić Panią Kasią, Panem Stasiem i Panią Felą, a towarzystwo z zadań tekstowych  niekoniecznie musi kupować lizaczki i baloniki, a może przerzucić się na bułki, masło i inne artykuły, które faktycznie młodzież będzie musiała kupować samodzielnie. I wcale nie oznacza to konieczności wprowadzania do szkół specjalnych uniwersyteckiej matematyki. Zdolny narodzie, co podręczniki dla mniej typowej młodzieży piszesz, do piór!
No, to matczyne frustracje odreagowane. Deszczyk za oknem denerwująco siąpi, jakiś niezdecydowany, niczym matka przed podjęciem decyzji co by tu na jutrzejszy obiad... Na szczęście Syn z nowej szkoły do domu dotarł, nie zważając na aurę pobiegł do sklepu  po artykuły pierwszej potrzeby, czyli oranżadę i gumę do żucia, matce kawę zrobił i z miną zdobywcy oznajmił " damy radę". No to szkoło,hej!

wtorek, 30 sierpnia 2016

Pająki

Byłem na wystawie pająków w Pałacu Kultury. Nie lubię ich, ale lubię je oglądać i lubię straszyć nimi mamę. Widziałem różne gatunki pająków  i nie są za piękne. Na wystawie byłem sam i sam robiłem  fotografie.





niedziela, 21 sierpnia 2016

Inni wieczorową porą

 Świat wieczorem to zupełnie inny świat. Młody zafascynowany jest wieczornymi spacerami,            
a letnie wędrówki po warszawskiej Starówce powoli stają się tradycją. 
 W tym roku Inny Syn postanowił zdobyć taras widokowy na szczycie dzwonnicy przy kościele      św. Anny. Do tej pory wspinaczka po schodach nie była ulubionym zajęciem Młodego. Cóż ludzie się zmieniają... Kondycja matki też i to niekoniecznie we właściwym kierunku. Już wyobraźnia podsuwała sielankowy obraz siedzącej sobie spokojnie u stóp króla Zygmunta mamuśki, delektującej się chwilą wytchnienia, rozpatrującej jakie to szczęście być posiadaczką  ulubionego,lekko przechodzonego pesel-u. Jest alibi, nie ma włażenia na 150 kamiennych schodków! Takie to marzenie, przez chwilę w matczynym mózgu powstało. Ale nic z tego! Inny Syn postanowił zaistnieć nie tylko jako zdobywca tarasu, ale i opiekun matki, którą na tenże taras wypadało wciągnąć. Pesel, peselem, ale wymięknąć nie można, kiedy nieustająco podgrzewa się własnego Syna do walki ze słabościami .Teraz przyszła kolej matko na ciebie! Zagrzewana  przez Młodego do boju, wsparta o męskie ramię osobiście przeze mnie wyhodowane zostałam ZDOBYWCĄ TARASU. I nie wiem tylko co było trudniejsze- 150 schodów czy porzucenie mojej sielankowej wizji... Tak czy owak, warto było. Bo i widok imponujący i radość Młodego nie do przecenienia.



 
Im ciemniej,  tym więcej atrakcji wyłania się z mroku. Za każdym razem Wojtek z fascynacją ogląda fireshow.

    A gofry zjadane w ciemności smakują inaczej...
 Oczywiście nie mogliśmy ominąć Parku Fontann. W tym roku można podziwiać  multimedialne widowisko "Warszawskie syreny". Jest na czym oko zawiesić, choć matce najbardziej podobała się muzyka Jean Michel Jarre'a.




                                           Taki to był zwykły wieczorny spacer...

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Znów będą wakacje...

Kocham  robić NIC. Wstaję rano, wyciągam na spacer psa, któremu spacerować się nie chce, piję kawę na czczo, czytam książkę, na którą nigdy nie mam czasu. Gapię się na jezioro, które na pierwszy rzut oka wcale nie jest "perłą Mazur". Ot, wakacje. Rodzina odsypia, ja się lenię. Chwilo trwaj...
Inny Syn z potarganą czupryną wyłania się z pokoju o godzinie bliższej południu niż porankowi. Planów nie mamy, chociaż... mamy Wojciecha. A ten jak wiadomo jest kopalnią pomysłów. Pogoda w kratkę nie przeszkadza w wyciskaniu z każdej chwili ostatniej kropli możliwości.
 Co to ja pisałam, że lubię robić?
  Na pewno lubię patrzeć jak moi mężczyźni zdobywają dzikie i niebezpieczne wodne akweny.


I kiedy Syn niczym wodny potwór wyłania się z mazurskich odmętów, wprawiając w zdziwienie co wrażliwsze plażowiczki, które z niepokojem przenoszą wzrok z nadmiernie szczupłego Syna na dobrze wyglądającą mamuśkę. I wzrok ten bynajmniej nie zawsze wyraża aprobatę dla mojej rodzicielskiej troski... A mnie słoneczko zza chmurki czaszkę niemłodą przygrzało i się cieszę...


Puchnę z dumy kiedy Młody, wiedziony wrodzonym patriotyzmem, 1. 08 na wzgórzu nad jeziorem układa z patyczków znak Polski Walczącej, a o 17.00 staje na baczność przy dźwięku syren ( brawa dla Starych Jabłonek!).


Nie może też zabraknąć wycieczki rowerowej, choć matka na mazurskie wzgórza raczej się wczołguje niż wjeżdża i twierdzi,że tak właśnie lubi..


 Wystawa na ostródzkim zamku przykuwa wojtkową uwagę, bo to i oręż i numizmaty wszelakie, które na wyobraźnię Wojtka nieodmiennie działają.



 Wystawa "Topór na czarownice", przedstawiająca różnorakie narzędzia tortur, mamuśki w zachwyt nie wprawia, więc na panów postanawiam poczekać na sympatycznej ławeczce na zamkowym dziedzińcu. Jak dla mnie nadmiar wrażeń...


 Oczywiście są spacery nad jeziorem,



krótka wyprawa tunelem łączącym Szeląg Duży z Małym


i ulubiona wakacyjna rozrywka Syna, która nie jest może szczytem marzeń rodzicielskich, czyli grillowanie.


No tak, ale to już było. Wróciliśmy do spraw domowych, które złośliwie przypominają, że szkoła, w dodatku NOWA, tuż, tuż.
                                      Ale co tam, za rok znów będą wakacje!