Mamy wakacje! Tzn. Wojtek ma. Ja póki co w pracy, ale, że pracę lubię, to spokojnie czekam na sierpniowy urlop. Rok szkolny zakończony. Wszyscy przeżyli, szkoła stoi w tym samym miejscu, co pierwszego września, co przy antysystemowym charakterze syna mego nie musiałoby być oczywiste. Dziesięć szkolnych miesięcy możemy zaliczyć do udanych, choć przy końcu roku Młody ciągnął na "oparach benzyny" i nie zawsze w porę wciskał hamulec.
A matkę naszły refleksje wczesnoletnie. Syn coraz bardziej samodzielnym bytem się staje. Rodzina już nie musi stawać na głowie, jak się zorganizować, kiedy wszyscy w pracy, a Młody akurat ma wakacje. Młody zostaje w domu. I tyle. Ot, taka całkiem jeszcze niedawno nieoczywista oczywistość. I tylko zawiadamia,że własnie postanowił pojechać na ulubionego hamburgera. Wie,że mieszkanie trzeba zamknąć, legitymacje i telefon zabrać koniecznie i gotówka też raczej się przyda. Ma wątpliwości- pyta. A potem odważnie rusza po swoje. A był czas kiedy pozostawienie Innego Syna na pół godziny bez opieki przyprawiało matkę o palpitację i zlewne poty. Jeszcze chwilę temu mamuśka łzę nie jedną uroniła, że syneczka do szkoły już nie wiezie, tylko dowóz co rano pod domem się melduje. A dziecinka wstać musi świtem bladym, no i wraca zdecydowanie, jak dla matki, zbyt późno. Teraz Wojciech dowozem jeździć nie chce, bo woli sam, autobusem do szkoły się udać. Tak zwyczajnie, jak wszyscy. Matka już rzadziej wzrok błędny w komórkę wlepia, bo wie, że syn da radę. Nawet jeśli nie zamelduje się natychmiast po dotarciu do celu, to raczej z powodu życia towarzyskiego niż wszystkich nieszczęść jakie mogą człowieka spotkać. A, że mogą to wiemy. Tylko mnie też mogą. Zwłaszcza,że sporą część dnia spędzam w blaszanej puszce na kółkach... Ryzyko jest zawsze, ale żyć trzeba. I to na swoich warunkach. Wojciech do podjęcia tego ryzyka też ma prawo.
Z głodu chłopina również nie umrze. Kolacji matka nie szykowała już całe wieki, bo Młody woli sam. Kanapki do szkoły, śniadanie, a nawet prosty obiad w stylu spaghetti - proszę bardzo. A tu kiedyś z przerażeniem patrzyłam jak dziecko me herbatę robiło. Bo to wrzątek, szklanki i inne nieszczęścia...
Dojrzewamy...oboje.
Blog Innej Mamy i Innego Syna. O fajnych miejscach i wydarzeniach. O tym jak oswoić świat, gdy jest się trochę innym...
czwartek, 29 czerwca 2017
wtorek, 20 czerwca 2017
W Wojtka obiektywie
Byłem sam na rowerze w Helenowie. To nie jest daleko. Robiłem zdjęcia kwiatom,
drzewom i ścieżkom. Było bardzo fanie.
drzewom i ścieżkom. Było bardzo fanie.
niedziela, 4 czerwca 2017
Inni wieczorową porą
Niby to jeszcze wiosna, a już lato. Narzekać tym razem na aurę nie będę, bo okazałoby się,ze tak źle i tak nie dobrze. A przecież nie jestem jakąś marudą... Skoro lato przyszło postanowiliśmy rozpocząć sezon wieczornostarówkowych spacerów. To jest właśnie to co " tygrysy lubią najbardziej". Spacery tradycyjnie należą do mamy z synem. Młody coraz bardziej pochyla się nad matka, która jakimś maleństwem nie jest. Czy syn rośnie, czy matka maleje? A może jedno i drugie... Tak czy siak, jestem eskortowana przez mojego dryblasa, który sam wyznacza marszrutę, a Starówkę zna prawie tak dobrze jak Muzeum Powstania Warszawskiego. Matka w wieczornym tłumie wiec nie zaginie. Dzień już niewiele krótszy od najdłuższego, więc spacer mimo,że dobrze wieczorny, rozpoczynaliśmy w pięknym oświetleniu zachodzącego słońca. Na początek...grillowany oszczypek . Matka zachwycona. Nawet mizerne podróbki owczego specjału powodują , że góralska krew płynie żwawiej. Syn zachwycony...programowo. Dał chłopak radę!
Zdecydowanie bardziej niż słony serek, odpowiadało Młodemu podziwianie plenerowej wystawy warszawskich plakatów.
Zaglądając to tu, to tam znaleźliśmy się na wiślanej skarpie, a stąd już tylko parę kroków do Parku Fontann.
W tym roku można podziwiać multimedialną opowieść o bazyliszku. Kto nie był, ten niech koniecznie zaplanuje obejrzenie multimedialnego widowiska. Warto!
Po drodze Wojciecha bardzo zainteresowało oswietlenie kamienic na Starym Mieście.
Niestety nie udało nam się trafić na ulubiony Fire Show. Nic straconego, wszak dopiero rozpoczęliśmy sezon.
wtorek, 23 maja 2017
Wypad z siostrą
Byłem w "Promenadzie".Kupiłem sobie spodnie z łańcuchem.
Bylem z siostrą na kawie mrożonej
. Bardzo mi się podobało.
sobota, 6 maja 2017
A może by tak do Łodzi?
Nasza najdłuższa majówka świata właśnie dobiega końca. Cóż, wszystko co dobre... No, ale nie ma co marudzić, trzeba wylądować w rzeczywistości, nawet jeśli będzie to lądowanie nie całkiem miękkie. A majowe lenistwo wydłużyliśmy sobie nieco. Matka w pracy stawić się nie musiała, więc dlaczego Inny Syn miałby tak po prostu pobiec do szkoły 4 maja. Sprawiedliwość musi być! Inni postanowili wybrać się na wycieczkę do Łodzi. Pogoda nie zachęcała- lało,wiało, jednym słowem za oknem dramat! Kiedy jednak Inni ruszają w Polskę, taki drobiazg jak niesprzyjająca aura na pewno im nie przeszkodzi. Na początek podróży obowiązkowo kawa.
Młody jak zawsze ku matki przerażeniu trzy łyżeczki do aromatycznego napoju wrzucił i... nie zdążył donieść do wagonu, wypił po drodze 😊
Podróż w dobrym towarzystwie mija błyskawicznie. Młody dostojnie słuchał niezbyt dostojnej muzyki,
matka mogła sobie przypomnieć, że świat jest tak zwyczajnie ciekawy i czas tego w ogóle nie zmienia.
A w Łodzi nie padało! "Yes, yes, yes! ", że zacytuję klasyka.
Udało nam się odwiedzić Muzeum Animacji, mieszczące się w podupadających budynkach Widzewskiej Manufaktury. Miejsce na pierwszy rzut oka przygnębiające...
A jednak warto wejść do środka. Przemiłe animatorki zaprosiły nas na projekcję oskarowego, polsko-brytyjskiego filmu lalkowego " Piotruś i Wilk". Rewelacja! A po projekcji można było obejrzeć makiety i lalki występujące w " Piotrusiu"
i nie tylko... Ach, łza się w matczynym oku kręci... Uszatek,
Coralgol...
dobranocki, wieczorynki... to już se ne vrati?
A potem pognaliśmy do Palmiarni. Inny wymiar, proszę państwa. Szarość i wilgoć została na zewnątrz, a w środku...cudo.... Rośliny jak z bajki....
i ryby jak z bajki...
Wojtek wczuł się w rolę przewodnika po świecie kaktusów. Pełna profeska!
Być w Łodzi i nie udać się do "Manufaktury"? Nie mogliśmy do tego dopuścić...
Choć przyznajemy po dobroci,że tym razem nie dotarliśmy do żadnego z manufakturowych muzeów. Cóż... utknęliśmy w pizzerii. Wyjazd bez pizzy, wyjazdem straconym! Nie mogliśmy wszak do tego dopuścić...
A potem to już nie bardzo dało się ruszyć... Krótki. baaardzo powolny spacerek po "Manufakturze" i okazało się,że trzeba wracać. Nie było rady. I tak całkiem nie jesteśmy pewni, sen to był czy jawa?
Podróż w dobrym towarzystwie mija błyskawicznie. Młody dostojnie słuchał niezbyt dostojnej muzyki,
A w Łodzi nie padało! "Yes, yes, yes! ", że zacytuję klasyka.
Udało nam się odwiedzić Muzeum Animacji, mieszczące się w podupadających budynkach Widzewskiej Manufaktury. Miejsce na pierwszy rzut oka przygnębiające...
dobranocki, wieczorynki... to już se ne vrati?
A potem pognaliśmy do Palmiarni. Inny wymiar, proszę państwa. Szarość i wilgoć została na zewnątrz, a w środku...cudo.... Rośliny jak z bajki....
czwartek, 20 kwietnia 2017
Fryzura,że szok! ( Uwaga, materiał dla czytelników o mocnych nerwach!)
Żyje sobie człowiek spokojnie, przynajmniej tak mu się wydaje. Lat ma tyle, że nic już nie może go zaskoczyć...też tak mu się wydaje. Tolerancyjny jest i w ogóle świat przyjmuje z całym zróżnicowaniem inwentarza. A jednak nadszedł dzień, kiedy Inny Syn udowodnił Innej Matce,że jeszcze może ją coś zaskoczyć. Ba, może kobieta zaniemówić, opuścić szczękę i trwać w... powiedzmy zdziwieniu. A wystarczyło tylko Młodego umówić do fryzjera.
Matki niepokój nie gnębił, wszak Syn samodzielnie do strzyżenia chodzi od lat. Luz pełen i relaksik. Taaa...dopóki powracający Młody drzwi nie otworzył. Słów zabrakło, w ziemię wbiło. Matka najpierw zaniemówiła, potem oczy zamknęła z nadzieją, że kiedy otworzy wszystko snem się okaże. Nic z tego. Oto Syn zmienił swój wizerunek dość radykalnie. W drzwiach stał punk, jako żywo! Matka, kiedy mowę odzyskała, nie potrafiła wpaść w entuzjazm i przerażona roztaczała wizję kłopotów, które teraz na Młodego ściągnie kształt jego fryzury. Tak gadała i gadała, jak to tylko ona potrafi. Syn atak matczynej paniki przetrwał z godnością. Może leciutko zaniepokojony, czuba na głowie przed lustrem obejrzał, stwierdził, ze to JEGO włosy i JEMU się podoba. Koniec. Tyle.
Z Matki powietrze powoli zeszło. Emocje rozumowi trochę odpuściły i ... jakoś fryzura wojtkowa przestała przyprawiać o zawrót głowy, zlewne poty i łomot serca. Matka kawę wypiła, wyczyn Syna zaczęła doceniać. Wszak Młody podjął decyzję. Swoją, własną. Wiedział jaką chce fryzurę, pani fryzjerce wytłumaczył i został należycie potraktowany. Jak dorosły człowiek decydujący o swoim wyglądzie. Konsekwencje tej decyzji musi ponosić w postaci krytyki, ale też aprobaty i entuzjazmu. Jednym się podoba, innym nie. każdy ma prawo do swojej opinii. A dorosły młody człowiek ma prawo do zrobienia sobie ekstrawaganckiej fryzury. Włosy rosną bardzo szybko... Będzie pole do popisu!
Matki niepokój nie gnębił, wszak Syn samodzielnie do strzyżenia chodzi od lat. Luz pełen i relaksik. Taaa...dopóki powracający Młody drzwi nie otworzył. Słów zabrakło, w ziemię wbiło. Matka najpierw zaniemówiła, potem oczy zamknęła z nadzieją, że kiedy otworzy wszystko snem się okaże. Nic z tego. Oto Syn zmienił swój wizerunek dość radykalnie. W drzwiach stał punk, jako żywo! Matka, kiedy mowę odzyskała, nie potrafiła wpaść w entuzjazm i przerażona roztaczała wizję kłopotów, które teraz na Młodego ściągnie kształt jego fryzury. Tak gadała i gadała, jak to tylko ona potrafi. Syn atak matczynej paniki przetrwał z godnością. Może leciutko zaniepokojony, czuba na głowie przed lustrem obejrzał, stwierdził, ze to JEGO włosy i JEMU się podoba. Koniec. Tyle.
Z Matki powietrze powoli zeszło. Emocje rozumowi trochę odpuściły i ... jakoś fryzura wojtkowa przestała przyprawiać o zawrót głowy, zlewne poty i łomot serca. Matka kawę wypiła, wyczyn Syna zaczęła doceniać. Wszak Młody podjął decyzję. Swoją, własną. Wiedział jaką chce fryzurę, pani fryzjerce wytłumaczył i został należycie potraktowany. Jak dorosły człowiek decydujący o swoim wyglądzie. Konsekwencje tej decyzji musi ponosić w postaci krytyki, ale też aprobaty i entuzjazmu. Jednym się podoba, innym nie. każdy ma prawo do swojej opinii. A dorosły młody człowiek ma prawo do zrobienia sobie ekstrawaganckiej fryzury. Włosy rosną bardzo szybko... Będzie pole do popisu!
A niniejszy wpis powstał na życzenie właściciela fryzury! :)
niedziela, 9 kwietnia 2017
Marzenia są różne...
Co dopiero ubieraliśmy choinkę, a tu czas na święconkę. Wiosna rozbujała się na dobre, a Wojtkowi jakby zapału do życia jeszcze przybyło. Ach, młodość..., że się rozmarzę... Co niektórzy mogą sobie za to radośnie pomruczeć pod nosem " już szron na głowie,już nie to zdrowie, a w sercu ciągle maj".
Młody z okazji zbliżających się Świąt postanowił zaangażować się w wiosenne porządki.
A największym marzeniem okazało się umycie okna we własnym pokoju. Cóż, o różnych rzeczach ludzie marzą: jakiś drobny locik na Marsa, albo obiad, który się sam zrobił, albo stan , w którym przez 10 minut nikt od ciebie nic nie chce... Ale mycie okien, jakoś niekoniecznie wpisałabym do katalogu. I tak marzenie Syna obchodziłam z różnych stron, każdy moment był nie do końca TYM, w którym należałoby podjąć wyzwanie płynu do mycia szyb.
Aż w końcu Młody postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Pewnego pięknego dnia, po powrocie ze szkoły, nie zdjąwszy nawet kurtki, stojąc w progu oznajmił, że właśnie wrócił i będzie MYŁ.
Matka zawstydzona determinacją nic już nie miała do powiedzenia. Z zazdrością popatrzyła na zapał, na ilość sił, jaką Wojtek dysponował, mimo zaliczonych ośmiu godzin w szkole. Udzieliłam odrobinę merytorycznego wsparcia, I tyle. Młody pracował,aż miło było patrzeć. I choć może Perfekcyjna nie byłaby w pełni usatysfakcjonowana stopniem wypolerowania, nabłyszczenia i czegoś tam jeszcze, dla mnie okno umyte najlepiej na świecie. Pomyślałam zupełnie serio,że oto Inni wkraczają na nowy poziom. Inna Matka możne zamiast rozważania kiedy umyje kolejną szybę, zająć się czasami rozważaniem pod jakim kolorem skryć wspomniany " szron na głowie". Pięknie jest!
Młody z okazji zbliżających się Świąt postanowił zaangażować się w wiosenne porządki.
A największym marzeniem okazało się umycie okna we własnym pokoju. Cóż, o różnych rzeczach ludzie marzą: jakiś drobny locik na Marsa, albo obiad, który się sam zrobił, albo stan , w którym przez 10 minut nikt od ciebie nic nie chce... Ale mycie okien, jakoś niekoniecznie wpisałabym do katalogu. I tak marzenie Syna obchodziłam z różnych stron, każdy moment był nie do końca TYM, w którym należałoby podjąć wyzwanie płynu do mycia szyb.
Aż w końcu Młody postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Pewnego pięknego dnia, po powrocie ze szkoły, nie zdjąwszy nawet kurtki, stojąc w progu oznajmił, że właśnie wrócił i będzie MYŁ.
Matka zawstydzona determinacją nic już nie miała do powiedzenia. Z zazdrością popatrzyła na zapał, na ilość sił, jaką Wojtek dysponował, mimo zaliczonych ośmiu godzin w szkole. Udzieliłam odrobinę merytorycznego wsparcia, I tyle. Młody pracował,aż miło było patrzeć. I choć może Perfekcyjna nie byłaby w pełni usatysfakcjonowana stopniem wypolerowania, nabłyszczenia i czegoś tam jeszcze, dla mnie okno umyte najlepiej na świecie. Pomyślałam zupełnie serio,że oto Inni wkraczają na nowy poziom. Inna Matka możne zamiast rozważania kiedy umyje kolejną szybę, zająć się czasami rozważaniem pod jakim kolorem skryć wspomniany " szron na głowie". Pięknie jest!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























